Forum CZARNA PERŁA Strona Główna
  FAQ  Szukaj  Użytkownicy  Grupy  Galerie   Rejestracja   Profil  Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości  Zaloguj 

POTC IV według Karottki

Napisz nowy tematOdpowiedz do tematu Forum CZARNA PERŁA Strona Główna -> Film / Twórczość Załogi
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat
Autor Wiadomość
Moniczka
Czyściciel zęz


Dołączył: 06 Lut 2008
Posty: 12
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: z mełgwi

PostWysłany: Śro 20:11, 06 Lut 2008 Temat postu:

Fajowskie!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!Pisali żeby nie pisać wulgarnych i obraźliwych słów a lwe nie pisali żeby sie nie za dużo zachwycać tematem.A ja sie bardzo zachwycam!!!! Cool Very Happy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Karottka
Zejman


Dołączył: 30 Gru 2007
Posty: 1239
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 1/3
Skąd: Lublin
Płeć: piratka

PostWysłany: Śro 20:37, 06 Lut 2008 Temat postu:

XDDD Ale 11 to właśnie jest ,,Powrót". 12 właśnie piszę.
A oto i on:

Siostra bliźniaczka

Perła dopłynęła do Tortugi. Lizbeth i Jack zjechali po linie i weszli w iście piracki sposób do tawerny - z hukiem. Razem z załogą usiedli przy stole, a do niego podeszła kelnerka. Była łudząco podobna do Lizbeth, z jednym jednak szczegółem - Lizbeth miała nad wargą pieprzyk z prawej strony, a ona zaś nie miała wcale. Jack ledwo nie zleciał z siedzenia.
Jack: Wiesz, Lizzie. Gdybym pił mniej rumu, widziałbym podwójnie, ale ja nigdy nie zmieniam ilości spożywanego alkoholu.
Lizbeth wstała i z okrzykiem uściskała nieznajomą.
Lizbeth: Scarlett! Jakże ja cię długo nie widziałam!
Jack kompletnie się pogubił. Zleciał z siedzenia, a Lizbeth, chętna do pomocy przyjacielowi, podniosła jego głowę usiłując posadzić na miejscu.
Lizbeth: Nic ci nie jest?
Jack: Chyba nadal coś mi jest, skoro widzę ciebie podwójnie.
Lizbeth popatrzyła pytająco na Scarlett, a ta wzruszyła ramionami.
Lizbeth: Nie, Jack. To jest moja siostra bliźniaczka, Scarlett. Zostałyśmy rozdzielone, gdy tylko ciotka powiedziała ,,przynajmniej Scarlett musi nauczyć się być dobrą kobietą". Nie wiem, CZEMU TU JEST.
Popatrzyła wzrokiem mieszanym zimnym spojrzeniem z pytającym zdziwieniem.
Scarlett: Uciekłam. Byłam za młoda, żeby zapamiętać was tylko z opowiadań. Poza tym chciałam poznać naszą piracką stronę.
Jack: Normalnej chyba nie było.
Lizbeth: Może się dosiądziesz?
Scarlett: Bardzo chętnie. Tylko przyniosę rum.
Po chwili przyszła z kuflami rumu. Dla każdego był jeden. Usiadła obok Lizbeth.
Lizbeth: Jak ci się podoba pirackie życie?
Scarlett: (zastanowienie)... Nie wiem, jestem piratką dopiero jeden dzień. Ale zaczyna mi się podobać.
Jack obserwował rozmawiające ze sobą siostry. Zwrócił się do Tia Dalmy.
Jack: (szeptem) Obok mnie siedzi Lizbeth czy Scarlett?
Tia Dalma: Podpowiem. Lizbeth ma pieprzyk, a Scarlett - nie. To jest różnica. Więc obok ciebie siedzi Lizbeth.
Jack wydawał się pogubiony. Wziął busolę, żeby sprawdzić, czego najbardziej pragnie tym razem. Znów igła pokazywała Lizbeth. Jack energicznie potrząsnął, po czym busola i tak nie zmieniła zdania. W końcu wstał zmieszany z miejsca.
Jack: Tylko nie mów, że Scarlett będzie z nami na Perle.
Przeczuwał, że coś takiego rzeczywiście mogło się wydarzyć. Sądząc po uległości kapitana na błagające miny dziewcząt, musiał tak zareagować. Ponownie usiadł. Lizbeth wstała wzięła rękę Jacka i pociągnęła w stronę wyjścia.
Jack: Czeka mnie trudna rozmowa?
Lizbeth: Tak.
Wyszli z tawerny. Lizbeth objęła go za szyję i mówiła.
Lizbeth: Słuchaj, Jack. To moja siostra i obiecałam ją odprowadzić do taty. A tata jest na Isla de Pelegostos. Więc pomóż mi i pozwól popłynąc jej z nami na wyspę.
Jack kłopotliwie myślał, co zrobić. W końcu uległ.
Jack: Zgoda, ale tylko jeden rejs.
Lizbeth ucieszona, pocałowała Jacka i pobiegła.
Lizbeth: Dziękuje, Jack. Kochany jesteś.

Poczytajcie sobie xD Scarlett - nie bądź niecierpliwa xD
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Scarlett
Korsarz


Dołączył: 20 Gru 2007
Posty: 1457
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: piratka

PostWysłany: Śro 20:41, 06 Lut 2008 Temat postu:

AAAAAAAAAAAAAAA jestem (a conajmniej moje pseudo Very Happy ) w książce!!!!!!!!!!!!!! Ale fajnie Very Happy Very Happy Very Happy A rodział boooski Very Happy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Karottka
Zejman


Dołączył: 30 Gru 2007
Posty: 1239
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 1/3
Skąd: Lublin
Płeć: piratka

PostWysłany: Śro 20:54, 06 Lut 2008 Temat postu:

Taaa... Czytam to od ciebie i tu i na gg XD Więc lepiej przygotuj się na szczęście, bo będziesz do końca książki siedzieć xD
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Scarlett
Korsarz


Dołączył: 20 Gru 2007
Posty: 1457
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: piratka

PostWysłany: Śro 20:57, 06 Lut 2008 Temat postu:

UAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA ALE SIę CIESZE!!!!!!!!!!!!!!!! DZIęKUJE CI BAAAAAAAAAAAAAAARDZOOOOO ah czuję się zaszczycona.... Wink
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Karottka
Zejman


Dołączył: 30 Gru 2007
Posty: 1239
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 1/3
Skąd: Lublin
Płeć: piratka

PostWysłany: Śro 21:18, 06 Lut 2008 Temat postu:

hehehe... xD Musiałam wymyśleć imię stosowne do XVIII wieku. Bo w tych czasach rzaczej nie było imienia ,,Zeta" albo coś w tym stylu xD Poza tym wolę stare imiona.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Scarlett
Korsarz


Dołączył: 20 Gru 2007
Posty: 1457
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: piratka

PostWysłany: Śro 21:21, 06 Lut 2008 Temat postu:

Hahahaha... no tak Very Happy ale wiesz... Giselle też mogło by być Wink
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Karottka
Zejman


Dołączył: 30 Gru 2007
Posty: 1239
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 1/3
Skąd: Lublin
Płeć: piratka

PostWysłany: Śro 21:33, 06 Lut 2008 Temat postu:

To będą trojaczki? XD Ją i Anajulię gdzieś umieszczę może xD
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Scarlett
Korsarz


Dołączył: 20 Gru 2007
Posty: 1457
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: piratka

PostWysłany: Śro 21:37, 06 Lut 2008 Temat postu:

To raczej czworaczki Very Happy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Karottka
Zejman


Dołączył: 30 Gru 2007
Posty: 1239
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 1/3
Skąd: Lublin
Płeć: piratka

PostWysłany: Śro 22:18, 06 Lut 2008 Temat postu:

Ale się ta kobieta narobiła dzieci XD
Bez przesady xD Anajulia, Bella i Giselle będą w załodze Otchłani xD
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Scarlett
Korsarz


Dołączył: 20 Gru 2007
Posty: 1457
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: piratka

PostWysłany: Śro 22:19, 06 Lut 2008 Temat postu:

AH... to tak najprościej Very Happy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Karottka
Zejman


Dołączył: 30 Gru 2007
Posty: 1239
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 1/3
Skąd: Lublin
Płeć: piratka

PostWysłany: Śro 22:20, 06 Lut 2008 Temat postu:

No, ale stanowiska będą jak najbardziej godziwe Smile
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Scarlett
Korsarz


Dołączył: 20 Gru 2007
Posty: 1457
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: piratka

PostWysłany: Śro 22:30, 06 Lut 2008 Temat postu:

No to masz szczęście, bo by cię ich odpowiednicy zadziobali Very Happy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Karottka
Zejman


Dołączył: 30 Gru 2007
Posty: 1239
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 1/3
Skąd: Lublin
Płeć: piratka

PostWysłany: Śro 22:34, 06 Lut 2008 Temat postu:

XD Coś wymyślę...
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Scarlett
Korsarz


Dołączył: 20 Gru 2007
Posty: 1457
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: piratka

PostWysłany: Śro 22:36, 06 Lut 2008 Temat postu:

To myśl! I pisz! Bo ja tu zaraz palpitacji dostane, jak bede musiała dłużej czekać Razz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Karottka
Zejman


Dołączył: 30 Gru 2007
Posty: 1239
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 1/3
Skąd: Lublin
Płeć: piratka

PostWysłany: Czw 7:11, 07 Lut 2008 Temat postu:

To przez ten czas wyjaśnij mi, co to jest palpitacja XD
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Scarlett
Korsarz


Dołączył: 20 Gru 2007
Posty: 1457
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: piratka

PostWysłany: Czw 10:14, 07 Lut 2008 Temat postu:

To jest kołatanie serca Very Happy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Alexa
Bosman


Dołączył: 31 Lip 2006
Posty: 744
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Kraków

PostWysłany: Czw 13:14, 07 Lut 2008 Temat postu:

Karottka napisał:
To będą trojaczki? XD Ją i Anajulię gdzieś umieszczę może xD

Shocked Ja się zaczynam bać..
Ale ciekawie piszesz Wink Fajnie się czyta. Taka lekka lekturka Smile
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Karottka
Zejman


Dołączył: 30 Gru 2007
Posty: 1239
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 1/3
Skąd: Lublin
Płeć: piratka

PostWysłany: Czw 15:15, 07 Lut 2008 Temat postu:

Może choć trochę fajne, ale dla mnie to nie jedyna rzecz, którą potrafię xD
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Anajulia
Kapitan


Dołączył: 28 Gru 2005
Posty: 4438
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: z Drogi
Płeć: piratka

PostWysłany: Pią 3:36, 08 Lut 2008 Temat postu:

No, przeczytałam nareszcie. Będę zaszczycona umieszczeniem istoty o imieniu Anajulia (wymawiaj - Anahulia, bo to hiszpańskie imię Cool chyba Laughing ), aczkolwiek... podobnie jak Alexa, zaczynam się bać Very Happy.

W zasadzie podtrzymuję wszystko, co napisałam Ci już wcześniej. Jak na 12 lat, to masz wielką fantazję, poczucie humoru i całkiem niezłe pióro, które możesz z wiekiem doskonalić, jeśli nad tym popracujesz. Natomiast nie służy Ci tempo, które nadają wierne czytelniczki Very Happy Pierwsze "rozdziały" (tak, tak, zgodzę się z Beh. - nie jest to ani książka, ani dramat, ani scenariusz... ale to akurat nie ma większego znaczenia Wink ...chociaż, mogłabyś się pokusić o więcej narracji, która Ci na początku świetnie szła) były finezyjne, dopracowane, nawet jeśli napisane w twórczym szale Very Happy. Dialogi skrzą się dowcipem, opisy pobudzają wyobraźnię, zapowiada się akcja nieco odmienna od tej, którą znam z dziesiątków podobnych fan-fików. No a im dalej czytałam, tym bardziej ogarniało mnie owo wrażenie pośpiechu. Coraz więcej niedokończonych, niedbale przelanych na papier (ekhm, klawiaturę Very Happy) myśli, dialogi tu i ówdzie już jakby nie oryginalnie Twoje, tylko skompilowane z filmu, no i wreszcie sama fabuła nieuchronnie popada w sztampę fan-fikową i tym mi sprawiłaś największy zawód Sad. Cóż, będę czekać na ciąg dalszy...

A ośmielam się wyrazić tych parę sceptycznych uwag pośród tylu zachwytów dlatego, że naprawdę widzę drzemiący w Tobie potencjał, talent, który można oszlifować. I dlatego myślę, że konstruktywna krytyka przyda Ci się bardziej niż poklepywanie po plecach Smile. Ale jeśli moje zrzędzenie ma psuć nastrój tego jakże radosnego wątku, to już się zamykam Very Happy

PS Jeszcze jedna sugestia, która może doda Twojej historii nieco rumieńców. Piraci byli ludźmi wyjętymi spod prawa, ściganymi przestępcami, a nie poszukiwaczami skarbów, którzy na swoich pięknych jachtach wybrali się na urlop na Karaiby Wink Może jeśli odbierzesz im ciutkę tej swobody, z jaką podróżują sobie od wyspy do wyspy, od tawerny, do tawerny... aaaa, nie ważne, to Twoja historia Smile Trzymam kciuki!
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Karottka
Zejman


Dołączył: 30 Gru 2007
Posty: 1239
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 1/3
Skąd: Lublin
Płeć: piratka

PostWysłany: Pią 16:50, 08 Lut 2008 Temat postu:

Wiesz co, jeśli źle napisałam, mogę napisać od początku xD Taką prawdziwą książkę Very Happy Co do humoru - hmmm, zawsze myslę, czemu się ze mnie śmieją, choć zachowuję się jak najbardziej normalnie. Więc postanawiam sobie jeszcze raz zacząć - oczywiście, zdarzenia będą te same, ale tym razem postaram się zrobić dokładnie każde zdanie Wink
Co do wyjętych spod prawa - sory, ale nie wiem, co oni mogą robić. Może i mogłabym przywrócić do życia Davy'ego, ale tak już postąpiła Scarlett i nie mogę tego zrobić. Może i mam pociąg do kradzieży, ale to moja przyjaciółka (jak i wy Smile ) i po prostu nie umiem zabrać jej tego pomysłu. Po prostu staram się zrobić to tak, żeby wszystko było inne, lecz o tym samym temacie. A dzięki waszej dyskusji, a zwłaszcza twoim wykładom, Anajulio mogę zobaczyć, na jakie zachowania Jack może sobie ,,pozwolić", a na jakie nie. Dzięki za inspiracje, chyba jeszcze dzisiaj wydam nowe wydanie mojej książki - gwarantuję dużo humoru Wink Przecież Barbossa nie umarł, jest z kim się pospierać na temat ,,Kto jest kapitanem Perły?" XD. No to czekajcie, bo ja mam taki pęd do pisania, że nawet nie widzę, czy popełniam błędy xD Ale od czego jest krytyka z waszej strony - wyrachinowanych czytelników Wink (czy jak to się pisze xD).

PO MIESIĄCU...

A oto wszyściutkie poprawki Wink Poczytajcie od 1 do 16 xD

Stary przyjaciel


Tortuga, tawerna. Jack siedział z nogami na stoliku i popijając rum ze swojej buteleczki, patrzył na busolę. Wszędzie było słychać krzyki, rozmowy, a także szable obijające się o siebie podczas - typowych tutaj - bijatyk. Załoga równierz brała udział w tych ,,zabawach".
Nagle drzwi otworzyły się z hukiem. Jak szaleni, wbiegli piraci. Wszedł kapitan. Smukły (bo grubych raczej nie było) mężczyzna, wysoki, łudząco podobny do Barbossy. Za nim weszła dziewczyna. Obdarowana dość zwykłą urodą.
Ubrana w czarne buty na niskim obcasie z nawiniętą, szarą cholewką, ciemne spodnie, czerwony pasek na biodrach, białą bluzkę z dużym dekoltem i kołnierzem. Rękawy kończyły się na łokciu, skąd zaczyna się ,,rozciągnięcie" na jakieś 15cm. Złote pierścionki na lewym kciuku i dużym oraz prawym wskazującym i serdecznym. Kolczyki duże, złote (biżuteria oczywiście skradziona). Na głowie fioletowo-biała chustka, ciemno-brązowe loki i powieki lekko zaznaczone czarnym ,,cieniem". Kapelusz nieco ciemniejszy od włosów. Gdy podeszli bliżej do stołu, Jack zauważył duże, piwne oczy o długich rzęsach. Panienki nie rozpoznał, ale od razu zauważył starego przyjaciela - Cutlera Crane'a. Był nieco zmieszany, a długo nie widział kobiety. Choć mogło się wydawać, że był przestraszony, wstał tak szybko, że krzesło spadło.
- Cutler, jakże miło cię widzieć. - powiedział lekko zdziwionym głosem.
- Witaj, Jack. - odparł Cutler spokojnym tonem.
Nieznajoma przyglądała się ze spojrzeniem, które nie wyglądało na złe czy dominujące. Rysy twarzy wyglądały bardzo podobnie do rysów Cutlera. Jack lekko pzestraszony wskazał na nią i wyjąkał zmieszany całą sytuacją:
- To... To znaczy... Kto to jest?
Dziewczyna wyglądała na rozbawioną zachowaniem Jacka. Nim Cutler odpowiedział, ona szepnęła:
- On jest zabawny...
- Coś o mnie? - zapytał stanowczym głosem. Raczej nie lubił, gdy ktoś się z niego śmieje. Cutler zastanowił się szybko i odpowiedział głosem bez przekonania:
- Nie... Do rzeczy. Jack, to jest moja córka, Lizbeth. Płynę na wyspę ludożerców, by tam odnaleźć skarb. - tu zaczął stanowczym głosem. - Nie chcę, by cos jej się stało, dlatego ufając TOBIE, przekazuję ją pod opiekę TOBIE. Włos ma jej z głowy nie spaść, bo TOBIE spadnie cała głowa. Jasne?
Jack podpił z flaszki i lekko się uśmiechnął, mówiąc:
- Dosyć brutalne słowa w ustach przyjaciela, a słowo TOBIE zaznaczone i powtórzone trzy razy. Czyżby pewność, że stary Jack przestanie być piratem na jakiś czas?
Lizbeth - jak nazywała się córka Cutlera - weszła między kapitanów. Odwróciła się do ojca.
- Pozwólcie, że się wtrącę. Tato, sugerujesz, że ja sobie nie dam rady? - zapytała z lekkim obużeniem.
Jej wzrok był wtedy śmiały i nie do złamania. Wbrew pozorom, Cutler trochę się przestraszył jako, że zobaczył to u swojej łagodnej i wiecznie pogodnej córki pierwszy raz. Jednak utrzymał nerwy na wodzy.
- Cóż, córciu. Co jak co, ale czasami sama ze sobą możesz umrzeć... - odparł.
Reakcją był śmiech obydwu piratów. Lizbeth była tak wściekła, że gdyby miała szablę, wyciągnęłaby ją i nie zwracając uwagi na pokrewieństwo, groziłaby mu. Jednak szabli nie miała, więc musiała jakoś inaczej zadziałać.
- Tato, proszę. Tylko nie córciu! - burknęła ze ściśniętymi zebami. Wyglądało to, jak rozterki nastolatek w dzisiejszych czasach, ale jak tu oderwać się od takich słów, skoro jest się ojcem dumnym z takiej córki?
Śmiech urwał się. Wychodząc z tawerny na fort i odprowadzając Cutlera, ten rzekł:
- Mniejsza. Pamiętaj, nie zrób kłopotu kapitanowi.
Po czym pospiesznie opuścił Jacka i Lizbeth, a w oddali słychać było krzyki ,,kurs na wyspę ludożerców". Liz głowiła się, jak ojciec mógł jej zrobić coś takiego i dać jej opiekuna? Jednak nie chciała sprawić ojcu zawodu i postanowiła sobie w duchu, że wytrzyma parę dni z opiekunem. Stanęła na przeciw Jacka, który wpatrywał się w nią z uwagą. Tymczasem słońce zachodziło sobie w ciszy. Cały czas stali na przeciw siebie i patrzyli to tu, to tam. Minęła chwila ciszy i Lizbeth nie wytrzymała.
- To... Gdzie jest twój statek? - oglądnęła się w boki.
Jack ukazał uśmiech na twarzy. Usta lekko się podniosły, pokazując kawałki złotych zębów.
- Nie widzisz? Za tobą. - odrzekł.
Biedna, stała jak wryta, gdy się odwróciła. Ujrzała Perłę w pomarańczowym świetle zachodzącego słońca. Wyglądała pięknie i dumnie podczas, gdy ten nastrój psuły rozmowy, krzyki i strzały butelek po rumie. Wydawała się tym wszystkim (poza załogą) zachwycona.
- Do cholery! - krzyknęła. - Gdzie ci się udało zdobyć taki statek?
Odwróciła się do niego. Jack nie zmieniał wyrazu twarzy, mówiąc pewnym siebie tonem głosu:
- Kochanie, czyżbyś nie znała kapitana Jacka Sparrowa, który przez wszystkie morza pływa na najsłynniejszej, najszybszej Czarnej Perle?
Lizbeth spojrzała na niego od dołu do góry i mocno się zdziwiła. Nie chciała doprowadzić do kompromitacji, bo któżby nie znał tego legendranego pirata? Ale nie mogła się oprzeć pokusie, żeby zapytać:
- Ty jesteś Jack Sparrow?
Kapitan lekko się obużył. Ale zrozumiał, że jego podopieczna jest ,,młoda" (Very Happy) i powinien ją zapytać, jak wyobraża sobie ,,prawdziwego" Jacka? Rzekł więc:
- Jest tylko jeden Jack Sparrow i to nie jest bynajmniej bylejaki pirat...
Lizbeth z ironicznym uśmiechem przytaknęła:
- No tak.
Jack zmieszał zdziwienie z obużeniem. Podszedł i pytał:
- Nie przypominam w 100% Jacka Sparrowa, tj. siebie?
Dziewczyna zmieszała się. Jakże krótkie wypowiedzi sprytnego kapitana wydawały się długie i zawiłe dla nieszczęsnej Liz.
- Nie, znaczy tak. - wahała się. - Myślałam tylko, że jesteś... Młodszy... Przy...
Tutaj Jack przerwał jej, podnosząc butelkę rumu. Podpił łyk i podszedł bliżej. Powiedział, będąc już blisko niej:
- Wszystko jasne, pojąłem. - odszedł o 3 kroki. - Może parę lat mi ubyło, ale nadal słyszę od miejscowych panienek, że jestem przystojny jak zawsze.
Lizbeth ukrywała śmiech. Jednak szybko go opanowała, bo nie należy śmiać się z kapitana, który zawsze może oddać ją na pastwę innych.
- Wiesz, być może to zakochane w tobie byłe kobiety, od których tak po prostu odszedłeś dla Perły, hę? - zasugerowała.
- Czyżbyś wątpiła w urok osobisty piratów? - podszedł krok bliżej.
Wolnymi krokami podchodził do Lizbeth, próbował ją przynajmniej dotknąć, ale ona cofała się za każdym razem.
- Nie godzi, by zaufany przyjaciel dotykał córkę jego przyjaciela... - wyszeptała.
Wystarczył jeden krok i dziewczyna wpadłaby do wody. Jack pomyślał, że to dobra okazja, by poczuć ciepły dotyk Liz. Nie zważając na jej słowa, złapał jej ręce i przyciągnął do siebie. Lizbeth przestraszona spojrzała na wodę, potem na Jacka. Włosy leżały na ramionach, rozmierzwione i ,,przyczepione" do policzków. Dopiero teraz Jack zauważył u niej cechę charakterystyczną, która na początku wydawała mu się strupkiem - pieprzyk na prawej górnej wardze. Zrędtwiała z przerażenia wyjąkała:
- Ty... Ty mnie uratowałeś. - Jack wydawał jej się młodszy i przystojiejszy, niż dotychczas. Chciała dotknąć jego twarz ręką, lecz ją sztywno opuściła. - Gdyby nie ty, utonęłabym.
Jack zdziwił się, słysząc ,,Gdyby nie ty, utonęłabym".
- Wiesz, jestem... Co? - zdziwił się.
- Może to się wydawać dziwne, ale nie umiem pływać. - odpowiedziała.
Na jej twarzy ukazał się ironiczny usmiech, po czym poszła na pokład Perły.

Kurs na Isla de Pelegostos!


Jack wszedł na pokład za Lizbeth. Zdziwił się, gdy ujrzał Gibbsa, bladego z niewytłumaczalnego strachu.
- Coś nie tak, Gibbs? - zapytał ze zdziwieniem.
Ten powoli wskazał ręką na stojącą przy prawej burcie.
- Pech... - szepnął. - Pech na pokładzie! - wrzasnął, aż cała załoga się zerwała.
- To długa historia... - uspokajał go Jack, patrząc na Liz. - Poza tym Tia Dalma może być na pokładzie...
Podpił rum i wysłuchał Gibbsa, który próbował wyjaśnić mu to tymi słowami:
- Ale to...
Tu Jack przerwał mu, podpijając rum.
- Calypso, wiem. - dokończył.
- To co ona tu robi? - denerwował się.
Mówiłem, to długa historia... - odparł spokojnie. - Kurs na Isla de Pelegostos!
- Tak jest. - rzekł cicho.
Ale do załogi cicho nie powiedział. Wrzasnął tak, że słychać go było na całym statku, a nawet na forcie, od którego jeszcze nie odpłynęli. Tymczasem Jack poszedł do kapitańskiej kajuty. Cały dzień spędził na rozmyślaniu. Wieczorem cała załoga spała, we śnie obejmując butelki rumu. Jack zobaczył przez okno, że Lizbeth wciąż stoi. Otworzył je i usłyszał melodyjny głos, który śpiewał:
- Dalej, kamraci! Ciągnijmy szoty razem!
Mroczną Otchłanią płyńmy przez wody nasze.
Dalej, Otchłanio! Oświeć nas swym wielkim blaskiem!
Ustal kurs na Tortugę, szanowny kapitanie.
Dalej, kamraci! Na na na na na na na!
Mroczną Otchłanią na na na na na na na.
Dalej... Otchłanio! Na na na na na na na!
Ustal kurs... Na Tortugę... Na na na... Na na... Na... Na.
Jack wyszedł z kajuty, podpił rumu i podszedł do dziewczyny. Po jej rumianych, ale widocznie jasnych policzkach spływały łzy. Zauważył otwarty wisiorek w kształcie krabowego wisiorka Tia Dalmy. W nim były namalowane węgielkiem dwa portrety - jej matki i ojca. Lizbeth poczuła na prawym ramieniu rękę. Automatycznie przerwała śpiewanie, zamknęła wisiorek i odwróciła głowę w lewo. Lekko się przestraszyła.
- Nie bój się. - podpił rumu Jack. - To twoja matka? - wskazał butelką w wisiorek.
- Tak... - odpowiedziała cicho. Otworzyła powoli wisiorek i pogładziła lekko palcem rysunek. - Odeszła na dno morza Karaibskiego z naszym pierwszym statkiem - Legendarną Damą. Oddała swoje życie, bym ja przeżyła.
- A to fakt. - przytaknął Jack. - Czego matki nie robią dla swoich dzieci? - podpił rum. - Mogą się nawet zatrudnić w Tawernie na Tortudze jako kelnerki, żeby zarobić coś na utrzymanie... Ta matczyna intuicja... Przypomina mi się moja matka.
I spojrzał w dal z poważnym spojrzeniem.
- Twoja matka też umarła? - zapytała z ciekawością Liz.
- Szczerze nie pamiętam. - odparł Jack, spoglądając na nią od dołu do góry. - Ojciec mówił, że dopadła ją Kompania Wschodnioindyjska, ale co on na prawdę chciał przez to powiedzieć... Nie wiem.
I podpił rum.
- Twój ojciec żyje? - dopytywała.
- A jakże? - rzekł. - Kobiety rzadko przeżywają ataki wrogów... Jeszcze jedno pytanie... - dodał. - Usłyszałem przez okno twój śpiew. Co to za piosenka?
- Matka ją napisała. - odpowiedziała Lizbeth. - Nosi tytuł ,,Mroczna Otchłani". Stworzyła ją dla taty.
Nadeszła chwila milczenia. Jack chwilę popatrzył na nią i poszedł 3 kroki do kajuty. Odwrócił się i zapytał:
- Zamierzasz całą noc spędzić na pokładzie?
Czekał na odpowiedź, lecz jej nie otrzymał. Lizbeth otarła łzy i zamknęła wisiorek. Wciąż milczała.
- Masz zły dzień czy mi wreszcie odpowiesz? - dopytywał się ciągle łagodnie.
Popił rum z niezbyt typowym dla siebie umiarem. Liz odwróciła głowę w stronę Jacka i szeptała:
- Każdy miewa złe dni...
- A to też fakt. - przytaknął. - Ja np. wybrałem poniedziałek...
- Jack! - przerwała mu.
Kapitan podpił rum i rzekł:
- Wiem, to ciągłe gadanie nie ma aż tak wielkiego sensu. - zatrzymał się na progu. - Może zechcesz wejśc do kajuty na odrobinę rumu?
Lizbeth nic nie mówiła. Weszła tylko w milczeniu do kajuty. Usiadła na łóżku, cały czas trzymając wisiorek. Jack stanął na przeciw niej i podał butelkę rumu.
- Więc... Może opowiesz o sobie coś jeszcze? - pytał. - Np. skąd wzięłaś się na statku ojca? Ile ty w ogóle masz lat, że cię tak okrutnie potraktował, dając opiekuna?
Dziewczyna zdziwiła się tymi pytaniami. Nie podnosiła głowy, tylko odparła:
- Ile mam lat? 27. Czemu to ma być okrutne traktowanie?
- Duże dziewczynki raczej nie potrzebują opiekuna... - powiedział.
Lizbeth podniosła głowę w stronę Jacka i odrzekła:
- A ojciec raczej nie chce mnie wydać za mąż... Czemu się dopytujesz?
Jack usiadł obok niej i objął ręką.
- Widzisz, skarbie. - mówił. - Kapitan powinien znać swoją załogę...
Lizbeth zerwała się jak oparzona, stanęła i krzyknęła z obużeniem:
- Nie jestem załogantką.
- Wiem, to tylko przenośnia... - odparł spokojnie.
- A za kogo mnie uważasz? - pytała spokojniej, ale wciąz trochę niepokoju było słychać.
Jack podszedł do niej, położył ręce na biodrach i mówił:

To mój statek!


- Sam nie wiem. Jednakże coś musi w tym być. Rzadko kiedy pirat zdaje sobie sprawę, o czym mówi.
I ukazał lekki uśmiech, który nie wyglądał ani na szyderczy, ani też szczery. Lizbeth odeszła 3 kroki od niego, lekko pomachała i poszła spać do kajuty. Następnego dnia Perła przybiła do Isla de Pelegostos. Powstała tam nowa tawerna, a słynny kapitan Jack Sparrow (oczywiście!) musiał ją zobaczyć. Załoga zjechała po linach i poszła, rozmawiając. Dziewczynę trochę zaniepokoił styl chodzenia kapitana.
- Czemu tak chodzisz? - spytała.
Ten odwrócił się do niej, podpił rumu i wziął wdech.
- Mój ,,specyficzny" sposób chodzenia wynika z regularnego ,,specyficznego" picia rumu. Gdybym nie pił regularnie ,,specyficznie" rumu, to bym nie miał tego ,,specyficznego" stylu chodzenia. A że regularnie ,,specyficznie" piję rum, to mam taki właśnie ,,specyficzny" styl chodzenia. Rozumiesz? - wyjaśnił.
Lizbeth nic a nic nie rozumiała z tego, co mówił Jack.
- Nie bardzo. - odparła zmieszana.
- Po prostu chodze tak, bo piję rum. - rzekł.
- To czemu wcześniej tak nie powiedziałeś? - pytała zdziwiona.
Jack uśmiechnął się szeroko i odpowiedział:
- Musiałem coś wymyślić, być przestała zadawać mi pytania.
I z zadowoloną z siebie miną poszedł do tawerny. Nie spodziewał się jednak, że spotka tam starego znajomego. Otóż czekał na niego znajomy, który nie specjalnie lubił cwanego kapitana. Gdy zobaczył go w tawernie, lekko się przestraszył i powiedział:
- Barbossa! A co ty tu... O jaka ładna twerna!
Barbossa ironicznie na niego spojrzał, jakby myślał ,,Coś się stało z moim statkiem..."
- Nie wywiniesz się. Gdzie mój statek? - zapytał, akcentując ,,mój".
Jack podpił rumu i lekko westchnął:
- Wiesz... Nie pamiętam, byś przekazywał mi jakiś statek. Może to jakaś łupinka?
Barbossa spojrzał na niego z myślą ,,jakim cudem zabrałeś mi Perłę?", a ten odwzajemnił go myślą ,,nie patrz tak na mnie."
- A może Czarna Perła? - kontynuował rozmowę Barbossa.
- Nie, Czarna Perła jest moja. - odparł Jack.
- Nie, bo moja. - podniósł ton były kapitan.
- Na statku rządzi kapitan. - wnioskował ze swoich myśli Sparrow.
- Kapitan jest jeden. - oznajmił Barbossa.
- Kapitan jest nie bylejaki. - dogryzał dalej Jack.
Barbossę zatkało. Głowił się, bo musiał coś wymyśleć na przebicie ,,nie bylejakiego" kapitana.
- Kapitan nie pije masowo rumu! - krzyknął Barbossa.
Lizbeth miała dziwne wrażenie, że obaj kapitanowie dziecinnieją w walce o Perłę. Weszła więc pomiędzy nich.
- Uspokójcie się! - wrzasnęła dziewczyna. - Na pewno jest jakiś kompromis, który możecie uzyskać między sobą, jak piraci.
Barbossa pierwszy raz zobaczył słynną córkę Cutlera Crane'a na żywo. Piratkę, która jako jedyna może sprawić, że Czarna Perła wróciłaby w jego ręce. Popatrzył zazdrosnym wzrokiem na Jacka. A ten objął Liz ręką i pytał:
- Pozwól, że ci coś wyjaśnię, Lizzie. Co możesz wiedzieć o potyczkach kapitanów?
- Mój ojciec jest kapitanem. - wyjaśniła mu.
Jack był tak przejęty kłótnią z Barbossą, że zapomniał, kim był jej ojciec.
- Który to pies zapchlony? - dopytywał. (wyraża się tak ze względu na brak szacunku)
- Cutler Crane. - przypomniała mu.
- Aaaa... - westchnął Jack. - Wróćmy do BYŁEGO kapitana. - dodał, odwracając się z Liz w stronę Barbossy, który cały czas patrzył tym samym wzrokiem.
- Nadal jestem kapitanem. - upomniał go.
- Nie. - puścił Liz i zaprzeczył łagodnie.
- Tak. - postawił mu się Barbossa.
- Cisza. - powiedziała Lizbeth, łapiąc się za głowę.
Jack spojrzał na nią, a ona przytaknęła, jakby chciała powiedzieć ,,Nic mi nie jest". Zaczęła się zastanawiać podczas, gdy Jack spojrzał ignorującym wzrokiem na Barbossę i rzekł:
- To ja poprosiłem Jonesa, żeby wydobył mi Perłę.
Lizbeth olśniło. Wyciągnęła wnioski, ale zanim chciała coś powiedzieć, Barbossa wtrącił:
- To była jeszcze Zła Wiedźma.
- Nie twój rum. - wzruszył ramionami.
Lizbeth podeszła bliżej, położyła rękę na prawym ramieniu Jacka i wyjaśniła im:
- Skoro Jack, to znaczy KAPITAN odważył się temu omackowanemu potworowi stawić i poprosić, by wydobył statek, jest kapitanem.
Kapitan próbował zrozumieć, skąd go zna, ale to było w tej chwili nie ważne. Zaczął dokazywać Barbossie, a ten patrzył na niego jak na kogoś, kogo chce zabić.
- Ale Barbossa ma prawo być w załodze. - upomniała.
Świat stracił swoje barwy. Jack spojrzał na dokazującego mu byłego kapitana Perły. Jack spojrzał na Lizbeth, która przytaknęła pokornie.
- Czemu mam brać tą nieudaną, dziwaczną namiastkę pirata na Perłę? - zapytał cicho.
- Bo ma prawo. - odparła.
Szepnęła mu do ucha ,,Przykro mi. Bardzo źle jest mi bronić Barbossę, ale znam Kodeks Piratów". Ten odszepnął ,,Wierz mi, może wygląda na porządnego pirata, ale to jest zwykła szmata". Lizbeth zaśmiała się.
- Ale na czyściciela zęz? - dopytywał głośno, żeby Barbossa nie domyślił się, że o nim rozmawiali.
- Twoja decyzja. - odrzekła.
Trochę bezskutecznie próbowała się przekonać do opiekuna, więc usiadła obok niego przy stole. Oparła jedną rękę o stół, a drugą o policzek i myślała. Barbossa również usiadł. Otworzyły się drzwi. Nieoczekiwanie wszedł Cutler. Położył rękę na ramieniu Jacka. Ten tak się przestraszył, że wstał kopiąc przy tym stół, co wytrąciło wszystkim kufle. Przestraszył się też, gdy odwrócił się i ujrzał nieprzeniknione spojrzenie Cutlera.
- A co... To znaczy jak... To znaczy... Witaj. - wyjąkał.
- Włos jej z głowy nie spadł? - pytał, nie tracąc czasu.
- Nieee... Chyba, że ich nie myła. - odparł.
Cutler spojrzał na niego ironicznie.
- Tato, to ostatni raz, jak dajesz mi opiekuna. - wtrąciła Lizbeth.
- A miałaś wcześniej jakiegoś? - spoglądnął na nią.
- Nie i sądząc po tobie - nie chcę. - odrzekła.
Cutler myślał, że Jack zrobił coś Liz, bo ta nie chce wrócić do niego podczas kolejnego niebezpiecznego rejsu ojca. Patrzył na niego groźnym, wręcz przerażającym spojrzeniem. Ten odwzajemnił się spojrzeniem w stylu ,,Nie wiem, co mówi".
- Cór... Lizbeth! - powiedział. - Jak mówię...
Chciał przypomnieć jej, kto tu rządzi, ale zapomniał, że ma charakter mamy i jest niezależna.
- Pamiętaj, tato. - upomniała go. - Nie jestem jedną z tych typu ,,oczywiście, zrobię wszystko, co każesz". Ja nie dam sobą pomiatać jak jakimś psem.
- Ale pamiętaj, że to tobie przypisuję Otchłań. - podniósł ton.
- Rozumiem! - podniosła jeszcze bardziej ton.
I wyszła z tawerny. Nie obchodził ją nawet kierunek. Weszła na Perłę i skierowała się ku kajucie kapitańskiej. Zasnęła. Tymczasem Jack podpijając rum, mówił do Cutlera:
- Kłótnie w rodzinie...
I poszedł jej szukać.

Kipiące uczucie



Znalazł dziewczynę zapłakaną na swoim łóżku w kajucie. Przykrył ją kocem, a potem sam zasnął obok niej. Wzeszło słońce na błękitnym niebie. Perła płynęła w niewiadomym kierunku, jakby dryfowała. Wydawało się to dziwne, bo Lizbeth miała wrócić do ojca. Dziewczyna obudziła się i odwróciła, co jest u niej automatycznym sprawdzaniem obecności Davy'ego. Gdy ujrzała Jacka, tak się przestraszyła, że spadła z łóżka. Kapitana zbudził huk. Zauważył, że Liz nie ma w łóżku. Od razu się domyślił, że zaskoczona jego obecnością spadła. Zapytał z uśmiechem:
- Nic ci nie jest?
Dziewczyna wyczuła odrobinę troski i odrobinę złośliwości. Podniosła się, łapiąc za głowę:
- Nieee... - odparła. - Robisz powalające wrażenie.
- Aż tak ci się podobam? - pytał zadowolony. - Dosyć o mnie. Pomówmy o tobie. Czemu płakałaś?
Lizbeth siadła na łóżku, a Jack począł bawić się kosmykiem jej włosów.
- Bo widzisz... - odrzekła. - Chciałabym, żeby wszystko było, jak dawniej. Ja, tata, mama, Davy...
- Kto to jest Davy? - dopytywał kapitan.
- Mój pies z dzieciństwa. - odpowiedziała Liz. - Teraz gdzieś zginął...
Zaczęła płakać, do tego poraz pierwszy przed publicznością. Na ogół sprawiała wrażenie niezależnej i pyskatej, ale potrafi okazać wdzięczność czy przyjaźń. Wrażliwość ukrywa, żeby ojciec nie zwariował i nie dał jej opiekuna po 30-tce. Jack ją przytulił i próbował uspokoić. Wiedział, że Cutler by go zabił, gdyby to zobaczył.
- No, nie płacz już. - uspokajał ją. - Szabla mi zamoknie albo rum rozcieńczy.
To by było straszne! Rozcieńczony rum, a w ładowni całe beczki czystego, smakowitego trunku. Lizbeth otarła łzy z promiennym uśmiechem, ale znów popadła w rozpacz. Nie łatwo jest jej się pogodzić z nagłymi zmianami w swoim życiu, zwłaszcza śmiercią i wiązanymi z tym kłótniami.
- Oh, Jack. - lamentowała. - Gdybyś umiał cofnąć czas, wyszłabym za ciebie.
Jack zdrętwiał. Nie tylko na samą myśl, że Lizbeth Crane chce z nim być, ale ze względu na wściekłego Cutlera w drzwiach kajuty. Podszedł do niego, mówiąc:
- Ty zdrajco! Nie rób krzywdy mojej córce!
- Cutler, to nie tak, jak myślisz... - jąkał się Jack. - To znaczy tak, ale... Posłuchaj wreszcie!
Tymczasem Liz wstała i zaczęła stopować ojca.
- Tato, odejdź! - krzyknęła. - To nie Jack zawinił! To przeze mnie!
Cutler wyraźnie zdziwił się tym, co powiedziała córka.
- Co ty mówisz? - pytał.
- To ja wtedy wpadłam w romans z tym piratem. - wyjaśniała Lizbeth. - To ja zawiniłam, zdradzając go. Nie jestem godna miana ,,człowieka".
Jack z uśmikechem podpił rum, rzecząc:
- Ale pirata - jak najbardziej. Masz u mnie dużego plusa, mała.
- Ukarz mnie, nie jego. - szeptała. - Jest tylko moim opiekunem. Poza tym to ty dałeś mi go jako opiekuna.
- To czemu płakałaś? - dopytywał.
- Wyżaliłam mu się. - odparła. - Chciałam, żeby znów było jak dawniej.
Cutler lekko się zdziwił. Spojrzał na Jacka, potem znów na Lizbeth i powiedział:
- Przecież jest jak dawniej.
- Wcale nie. - opuściła głowę i westchnęła. - Jack nie jest moją matką.
Po tym wytarła oczy i wyszła. Cutler nic nie mówił. Poszedł na Otchłań, by kontynuować swą podróż. Jack tylko podpił rumu i spojrzał w busolę. Wskazywała jakiś kierunek. Wyszedł więc z kajuty i szedł za tym kierunkiem. Tymczasem nadeszła noc. Jack stanął i rozglądał się za kierunkiem. Wskazówka (ku zdziwieniu Jacka) kierowała się do Lizbeth. Patrzyła na morze i mówiła do niego, trzymając w rękach otwarty wisiorek:
- Mamo, ja już nie chcę nigdzie płynąć. Wiem, że muszę znaleźc gdzieś swoje miejsce, ale wydaje mi się, że już je znalazłam. Chciałabym być z kimś, kto mnie zrozumie.
Dalej, kamraci! Ciągnijmy szoty razem.
Mroczną Otchłanią płyńmy przez wody nasze.
Dalej, Otchłanio! Oświeć nas swym wielkim blaskiem.
Ustal kurs na Tortugę, szanowny kapitanie.
Pewien pirat zakochał się,
W młodej, bardzo slicznej panience.
Kochał ją bardziej niż załogę,
Teraz są razem, płyną na Tortugę.
Dalej, kamraci! Ciągnijmy szoty razem.
Mroczną Otchłanią płyńmy przez wody nasze.
Dalej, Otchłanio! Oświeć nas swym wielkim blaskiem.
Ustal kurs na Tortugę, szanowny kapitanie.
Chciałabym być z kimś innym.
Kto zrozumie moje problemy.
Znalazłam i wiem już, że
Najlepiej będzie mi na Czarnej Perle.
Dalej, kamraci! Ciągnijmy szoty razem.
Czarną Perłą płyńmy przez wielkie wody nasze.
Dalej, Perełko! Oświeć nas swym wielkim blaskiem.
Ustal kurs na Tortugę, szanowny kapitanie...
Jack podszedł od tyłu, a po chwili Lizbeth czuła na swoich włosach dotyk.
- Kończysz piosenkę mamy? - pytał.
Podpił rumu. Dziewczyna nie miała, co powiedzieć. Odparła bez przekonania:
- Tak... Można to tak ująć.
Jack uśmiechnął się.
- Czyżby kolejna zwrotka była o mnie? - dopytywał dalej.
- Nie wiem. - ukrywała uśmiech Liz.
- To czemu w refrenie usłyszałem ,,Czarną Perłą"? - zapytał z uśmiechem.
Lizbeth odwróciła się energicznie. Ukrywała uśmiech, a w istocie była nim tak zauroczona, jak Davy Jones był zauroczony Calipso, która ponownie przybrała ludzką postać. Jack zmierzył ją wzrokiem.
- Po co ci busola? - pytała zaskoczona.
Kapitan spojrzał na busolę, która wciąz wyraźnie wskazywała Lizbeth. Miał nadzieję, że tego nie zobaczy, więc szybko ją zamknął.
- N-nie ważne. - odrzekł.
Nagle wiatr zaczął mocniej wiać. Dało się słychać cichy szept: ,,Busola wskaże ci przyszłość". Lizbeth i Jack mieli się pocałować, gdy tą chwilę zepsuł Gibbs (oczywiście, jak zawsze).
- Kapitanie! - krzyknął.
- Co się stało? - spytał ironicznym tonem. - Nie powiesz mi chyba, że Lizbeth przyniosła ze sobą pech, który wzmocnił wiatr? - dodał niedowierzającym głosem.
- Nadciąga burza. - powiedział. - Musimy wrócić do tawerny.
Jack spojrzał na niego wzrokiem mówiącym: ,,Tak jakby to była pierwsza burza w naszym życiu...".
- Ty idź pierwszy. - zakomenderował. - Ja będę iść za tobą.
- Tak jest. - odparł cicho.
Pobiegł do tawerny. Nim Jack zdążył coś powiedzieć, Lizbeth szybko go pocałowała. Całe narody marzyłyby o zobaczeniu jego zdziwionej miny. Tymczasem ona mówiła, oddalając się:
- Chodźmy już do tawerny.
Widać było uśmiech na jej twarzy. Teraz już nie była zauroczona, a wręcz zakochana. Jack musiał usunąć zadowolenie ze swojej twarzy, więc podpił rumu. Poszedł powolnym krokiem do tawerny z zadowoloną z siebie miną.

Kocha nawet najtwardszy




W tawernie na Tortudze, jak zwykle panował hałas. Przeważali załoganci, którzy nie mieli, co robić. Lizbeth i Jack siedzieli przy stole, rozmawiając (też jak zwykle). Nagle ta zerwała się ze stolika i wyszła z tawerny. Kapitan głowił się, co mógł zrobić, że Liz tak raptownie zareagowała. Poszła na fort, a za nią Jack. Usiadła na końcu mocno nad czymś rozmyślała. On usiadł obok niej, podpił rumu i odstawił butelkę na bok. Gładząc jej włosy, zaczął rozmowę:
- To, że pocałowałaś przyjaciela swojego ojca nie oznacza jeszcze czegoś, co mogłoby być złe i czego oboje byśmy żałowali.
Lizbeth tylko pokręciła głową ,,na nie".
- Jack, nie o to chodzi... - mówiła cicho. - Nie wiem, jak powiedzieć to tobie, a co gorsza - mojemu ojcu.
- Skarbie, stary Jack ci pomoże. - zapewniał. - Zależy tylko, co chcesz powiedzieć.
- Nie mogę ci tego teraz powiedzieć. - szepnęła Liz. - Tylko bym cię zraniła.
Jack upił duży łyk rumu.
- Powiedz, co chcesz powiedzieć. - mówił łagodnie. - A jeśli by ci ulżyło, możesz się nawet rozpłakać. Wszak jestem opiekunem... Porozmawiam, pocieszę.
Lizbeth odwróciła do niego głowę. Jej oczy świeciły wtedy piękniej niż ,,rum w świetle słońca" (cytak Jacka z rozdziału 6 ,,Cena uczuć").
- Bo wiesz, Jack. - wyjaśniała. - Jesteś tylko moim opiekunem, ale ja myślę, że jednak kimś więcej...
- Czyli tym kimś, kto cię rozumie? - pytał, podpijając rum.
Lizbeth lekko się zawstydziła. Jej policzki się zarumieniły. Spojrzała w dół. Jack ujął jej brodę i powiedział:
- Ty dla mnie też jesteś kimś więcej i mimo, że w jakikolwiek sposób zraniłabyś mnie, nie zawaham ci się tego powiedzieć w tej odpowiedniej chwili, bo innej może już nie być... Ko...
Cutler albo Gibbs nie mogliby tego usłyszeć, bo Gibbs zepsułby sytuację, a Cutler oddzielił ich na całe życie. W tejże nadszedł Cutler (jakby wykrakać). Poraz pierwszy zepsuł tą jedyną, odpowiednią chwilę. Przerwał Jackowi słowami:
- Lizbeth, musimy płynąć na Isla de Pelegostos. Tam znajdziemy ci nowego opiekuna albo opiekunkę.
- Mogę przynajmniej pożegnać się z kapitanem? - zapytała.
- To coś ważnego? - zastanawiał się Cutler.
Jack wstał i podszedł do niego. Podpił rumu i wyjaśnił:
- To jest sprawa nie cierpiąca zwłoki. Raczysz skierować swój piracki pysk w stronę statku i pójść tam? Odprowadzę ją, jak opiekun.
Cutler zastanawiał się. Spojrzał na Jacka zimnym spojrzeniem.
- Czekam na Otchłani. - rzekł, odchodząc na pokład.
Kapitan wrócił i znów usiadł obok Lizbeth.
- To... Co chciałeś mi powiedzieć? - zapytała Liz.
- A ty nie chcesz? - upewniał się Jack.
- Nie... - odparła bez przekonania.
- Na pewno? - dopytywał.
- Głowy nie daję. - rzekła.
- A więc powiedz. - ,,dopingował" Jack. - Jestem przekonany, że to ma coś wspólnego z tym, co ja chcę powiedzieć.
Lizbeth ukazała ironiczny uśmiech.
- To może zaczniesz? - pytała. - Jesteś kapitanem i - bądź co bądź - moim opiekunem.
Jack wziął głęboki wdech. Pomyślał: ,,Oby tylko nikt nie zepsuł sytuacji. Bo, jak wiem, Gibbs ma do tego wprawę...".
- Kocham cię. - wydusił z siebie.
Po czym szybko ujął butelkę i upił dwa razy taki łyk, jaki nabiera zwykle.
- Ja... Ja też cię kocham. - odparła z uśmiechem. Nagle osmutniała. - Ale to chyba nie przetrwa. W końcu płynę na Isla de Pelegostos. Będziemy się widzieć tylko służbowo.
I ze łzami w oczach poszła na pokład Otchłani. Jack patrzył, jak szczupła sylwetka oddala się z każdym krokiem. Czuł w sobie dziwną pustkę. Jakiś żal, który przenika jego duszę. Jednak nie uronił ani łzy. Wiedział, że kiedyś uda się spotkać z Lizbeth. Głęboko wierzył, że tą pustkę wypełni tylko ona.

Cena uczuć



Jack miał popłynąć na Isla de Pelegostos, bo od ostatniej podróży zgubił swoją busolę. Tak więc szczęśliwy zbieg okoliczności sprawił, że znów się zobaczyli. Lizbeth rzuciła mu się na szyję, jak tylko stanął na jasnym piasku słonecznej plaży.
- Jack, skąd się tu wziąłeś? - pytała radośnie.
Kapitan podpił rumu, co było zwyczajną czynnością, gdy widywał Liz.
- Szukam busoli. Ale z tobą też pragnąłem się zobaczyć. - odrzekł.
Lizbeth ujrzała ojca, który w oddali obserwuje jej poczynania. Odeszła krok dalej.
- Miło cię widzieć. - uśmiechnęła się.
- Co to za nieprzyjemność nie widzieć twoich oczu. - mówił. - Jeszcze tego nie mówiłem, ale świecą równie pięknie, jak rum w świetle słońca. Może nawet trochę ładniej? Nie wiem, trudny wybór.
Liz uśmiechnęła się ponownie. Bardzo lubiła jego obecność. Podszedł wolnym krokiem Cutler.
- Jack Sparrow, a co ty tutaj robisz, hm? - zapytał.
Jack się ,,wzdrygnął" ze strachu.
- Piracki pysk... To znaczy Cut... Cutler Crane, a co ty tutaj robisz, hm? - wykrztusił.
- Przypłynąłem spędzić trochę czasu z córką. - odparł.
- A ja znaleźć busolę. - rzekł. - I to nie ma żadnego związku z obecnością Twoją i Liz... Przepraszam, Lizbeth.
I uśmiechnął się do niego. Podpił trochę rumu, a Cutler poszedł ku Otchłani.
- Przykro mi, że tak wyszło. - powiedziała cicho.
- Mi trochę też. - przytaknął zmieszany. - Ale udało mi się uratować przed jego chorą facjatą.
Liz spojrzała na niego z ironią.
- A tak, to Twój ojciec. - dodał.
- Nie gniewam się. - westchnęła.
Jack odwrócił się do Czarnej Perły.
- Większość ludzi odchodzi i już nigdy nie wraca... - szepnęła.
Ten najpierw odwrócił głowę w jej stronę, potem znów w stronę Perły i zaczął iść. Nagle się zatrzymał i znów zwrócił głowę w stronę cierpliwie czekającej na odpowiedź piratki. Podszedł do niej i zapytał zaniepokojonym głosem:
- To było na poważnie?
- Ale co? - wzruszyła ramionami.
- Pocałunek... - rzekł cicho.
Lizbeth wzięła butelkę Jacka, podpiła rumu, oddała ją i odeszła 5 kroków. Wydawała się tłumić śmiech.
- Trudno mi w to uwierzyć, ale tak... - szepnęła Liz.
Jack odwrócił się znów w stronę Czarnej Perły i zaczął iść. Nie zauważył korzenia (w pobliżu były drzewa). Potknął się i wywalił. Lizbeth pękła ze śmiechu. Jack wstał i począł się otrzepywać. Słyszał płynny i bardzo zabawny śmiech.
- Takie to śmieszne? - pytał z uśmiechem.
Lizbeth pokiwała ,,na tak". Jej śmiech był zaraźliwy, bo po chwili Jack o mało nie zachłysnął się rumem, którym próbował tłumić śmiech. Po dłuższej chwili Lizbeth powoli przestawała się śmiać. Pomachała i pobiegła do miejsca Otchłani. Jack z zadowoloną z siebie miną obserwował oddalającą się dziewczynę. Chodziła wokół Otchłani z dużym kundlem. W tej chwili przypomniał sobie, że miała w dzieciństwie psa, Davy'ego. Pomyślał, że pewnie go znalazła. Poszedł więc do miejsca Perły.
Następnego dnia Davy coś wyczuł. Zaczął iść po tropie, a za nim Lizbeth. Ślad doprowadził ich do Jacka śpiącego na piasku. Davy podszedł i zaczął wąchać go, a następnie chodzić po nim. Jack obudził się i przestraszył się widząc psie zęby nad swoją głową. Lizbeth wzięła go i zaczęła go odciągać od ,,znalezionego skarbu".
- Zazwyczaj nie pozwalam się traktować jak podłogę... - rzekł zaspany.
- Nic ci nie jest? - zapytała.
Davy przywarował, widząc swoją panią. Był wiernym psem i bał się zlekceważyć jej polecenia.
- Chyba nie. - odparł Jack. - A co cię tu sprowadza?
Lizbeth usiadł obok niego.
- Szłam na spacer z Davym. - wyjaśniła. - Szukamy ,,tego" i ,,owego".
- Ja jestem ,,to" czy ,,owo"? - pytał.
- Chyba bardziej ,,to". - uśmiechnęła się. - Może pójdziesz z nami? Idziemy w głąb wyspy.
Jack pomyślał, że Pelegostosi całkiem jeszcze nie powymierali.
- Kto wie, kogo znajdziemy w buszu, ale przy mnie... - odparł.
Davy przerwał mu szczekaniem.
- ... To znaczy przy NAS. - poprawił się Jack.
Pies usiadł i podniósł lewą łapę. Kapitan kucnął i uścinął ją swoją lewą ręką.
- ... Nic ci nie grozi. - oznajmił, wstając.
Poszli za Perłę i szukali wejścia od tyłu.

Noc pod gołym niebem



Gęsiego szli: Davy, Lizbeth i Jack. Pies na samym przodzie węszył w zaroślach, Liz rozglądała się po drzewach, a kapitan patrzył w znalezioną busolę. Cały czas pokazywała dziewczynę. Nagle Davy zaczął biec, a za nim Lizbeth i Jack, żeby go nie zgubić. Doszli, a raczej dobiegli na skałę. Miała piękny widok na Morze Karaibskie. Błękitna woda zmieniała kolor pod wpływem pomarańczowego, zachodzącego słońca na horyzoncie. Po drugiej wychylały się gwiazdy, które świeciły coraz to bardziej i piękniej. Wszystko wyglądało bardzo romantycznie. Davy położył się i zaczął sapać ze zmęczenia. Lizbeth wzięła i z zachwytu wrzasnęła:
- Do cholery! Pięknie tu.
Jack pomyślał, że to najlepszy sposób na rozmowę. Wszędzie pięknie, cicho, spokojnie. Davy nie napadnie go przy pierwszej lepszej okazji. Podszedł do Lizbeth i objął ją w pasie.
- To odpowiednie miejsce, żebyśmy mogli sobie o wszystkim powiedzieć... - rzekł.
Liz spojrzała na Davyego. Spał jak zabity. Postanowiła sobie w duchu, że porozmawia.
- Jesteśmy sami, a jak będą nas szukać? - pytała.
- Ale to najlepsza chwila. - odparł. - Ty i ja, ja i ty. Sam na sam. Tak się najlepiej rozmawia. Poza tym, mnie szukać nie będą, bo jestem kapitanem, a ciebie, bo...
Lizbeth krótko się zastanowiła.
- Bo jestem tu z tobą? - zapytała.
- Tak. - rzekł zmieszany. - Więc w czym problem?
- W moim ojcu. - powiedziała.
- To sobie szybko porozmawiamy i wrócimy do statków. - zaproponował.
Lizbeth wzięła głęboki wdech i pytała:
- O czym chcesz rozmawiać?
- No... O nas. - odrzekł. - Warto porozmawiać, skoro będziemy tak daleko od siebie...
- To znaczy? - dopytywała dalej.
- Czy na prawdę zamierzacie być jak najdalej od Tortugi? - odpowiedział pytaniem.
- Ojciec - jak najbardziej. - rzekła. - Przyznał, że za bardzo ci nie ufa. Dlatego na dłuższy czas bierze opiekunkę.
- Zawsze był taki jakiś inny. - burknął. - A skoro to było na poważnie, to coś musi z tego być.
- Jack, nic z tego nie będzie. - odwróciła się do niego. - Chyba, że ucieknę na Perłę.
- To dobry pomysł. - zasugerował Jack. - Ucieknij.
- Ale ja nie chcę sprawiać ojcu zawodu. - odparła ze smutkiem. - Żałuję, że tak to wyszło.
- Ja nie żałuję. - uśmiechnął się. - Pierwszy raz byłem opiekunem córki mojego przyjaciela, którą potem pokochałem.
- Właśnie, Jack, ja cię ranię. - powiedziała. - Przecież wolisz wolność, beztroskę...
- Kochanie, ja też jestem człowiekiem. - odrzekł. - Zrozumiem. Nie jestem jak Davy Jones i nie wytnę sobie serca, żeby nie czuć przyziemnych emocji. Choć bycie nieśmiertelnym jest kuszące...
- To co chcesz zrobić? - pytała.
- Coś na pewno się wymyśli. - odpowiedział. - Na przykład nacieszyć się dzisiaj, a jutro niech zostaną wspomnienia.
- Co? - zapytała zirytowana.
Mimo swoich aktualnych emocji wiedziała, że dla takiego pirata trzeba odrobinę cierpliwości. Gdyby jego załoga nie była cierpliwa, już dawno kapitan zostałby sam na pokładzie.
- Nie brałem tego dosłownie, chodziło mi tylko o obecność. - poprawił Jack.
- Aha. - westchnęła, jakby z ulgą Liz.
Odwróciła się ku zachodzącemu słońcu. Niebo usłane gwiazdami było piękne i jasne. Chwila ciszy wydawała się długa i nieskończona.
- Wrócisz kiedyś na Perłę? - przerwał milczenie Jack.
- Nie wiem, ale mam nadzieję. - odparła Lizbeth. - Dobrze, że myślimy o sobie tak samo.
Dalszą część każdy powinien znać. Następnego dnia, po upojnej nocy (szybko się ubrali) Jack poczuł nieprzyjemny ucisk w pewnym miejscu. Po chwili usłyszał nad uchem szczekanie. Zerwał się jak oparzony, a niedaleko Lizbeth brała swój kapelusz. Jack wstał i począł otrzepywać się, bo Davy miał brudne łapy (jak to pies, a zwłaszcza piracki).
- I co? - pytał. - Nie mów, że mój plan się nie udał.
- Udał się. - odrzekła. - Choć tego nie przewidziałam. Ale stało się...
Spojrzała na Davyego. Pies chodził wokół pirata i merdał ogonem.
- Widocznie Davy też coś do ciebie czuje. - stwierdziła ze śmiechem.
Jack nic nie mówił. Wziął szablę i pistolet. Podpił rumu i trzymał się jak najdalej od psa podskakującego z radości. Dzień był ciepły i słoneczny. Przez liście drzew przedzierały się poranne promienie słońca. Wyszli na plażę. Cutler - zobaczywszy ich - podbiegł do nich i przestraszony o zdrowie córki przytulił ją, pytając:
- Lizbeth, gdzieś ty była?

Drobna tajemnica



Lizbeth popatrzyła na Jacka, potem znów na Cutlera i odparła:
- Byłam z Jackiem w głębi wyspy. Ale gwarantuję, że nic nie było z tego, co było wczoraj.
Cutler wyciągnął szablę i przymierzył do kapitana.
- ... To cię zabiję. - dokończył, opuszczając jego szablę. - Wiem, słyszałem do kiedyś. Mogę obiecać to samo, co Lizbeth, ale nie tego, że coś jej zrobiłem. Nie martw się. A właśnie - zastanawiałeś się kiedyś nad zmianą pseudonim? Na przykład... Piracki pysk Cutler Crane? Pasuje do ciebie, to znaczy do imienia i nazwiska.
Cutler spojrzał na niego jak na idiotę. Schował szablę myśląc, że jest niegroźny.
- Chodź, Lizbeth, pójdziesz do kajuty i się rozgrzejesz. - rzekł. - W nocy jest zimno.
Jack popatrzył na Davyego stojącego na przeciw, jak na coś strasznego. Pokazał palcami na niego i pytał:
- Możecie zabrać ze sobą... Davyego?
- Davy, chodź już. - zawołała Liz.
Davy pomerdał ogonem i poszedł. Jack przyglądał oddalającej się sylwetce ,,ukochanej". Przyszedł Gibbs i sprowadził go na ziemię.
- Kapitanie, gdzie byłeś? - pytał.
- Gibbs, Gibbs, Gibbs... - mówił kapitan.
- Kapitanie, kapitanie, kapitanie? - odpytywał Gibbs.
- Są sprawy, które trzeba zachować dla siebie. - oznajmił, podpijając rum. - To... Na Perłę. Ustawiajcie kurs na Tortugę.
- Tak jest. - przytaknął.
Pobiegł na pokład. obejrzał się za siebie i ujrzał biegnącą Liz i Davyego.
- Mogę z tobą popłynąć? - zapytała zdyszana.
- Zawsze. - uśmiechnął się Jack.
Weszli na pokład Perły. Kapitan wprowadził Liz do swojej kajuty, a Davy położył się pod łózkiem.
- Cóż za przebieg wydarzeń sprowadził cię na pokład mojego statku? - pytał ciekawy.
Lizbeth usiadła na łózku.
- Pokłóciłam. - rzekła.
- Co ci powiedział? - dopytywał.
- Po prostu rozmawialiśmy o tym, co zaszło. - westchnęła.
- Ale nic z tego nie wyjdzie. - odparł.
Jednak nie zawsze jest pewien swoich poczynań i zrobił minę i pomyślał: ,,Chyba...".
- Wiem. - mówiła. - Jednak ojciec nie daje mi spokoju. Zapytał, czy nie chcę mieć kłopotów. Odpytałam, czy mi nie ufa, potem powiedział, że nie mogę się z toba nigdzie zapuszczać. Straciłam cierpliwość i przyszłam do ciebie.
- Ojcowie są dobrzy, ale czasami przesadzają. - powiedział. - W końcu kapitan Jack Sparrow jest uważny nawet przy tak dogłębnych sprawach.
Jednak uważny przy dogłębnych sytuacjach kapitan nie zauważył, że wylano tu coś śliskiego. Miał szczęście, że kajuta była duża, bo inaczej byłoby źle. Rozległ się ogromny hałas. Ten huk słychać było na całym statku. Cała załoga się zbiegła. Jack próbował wstać, ale to było za śliskie. Lizbeth tłumiła śmiech.
- Kto śmiał wylać do mojej kajuty olej? - spytał lekko zdenerwowany. - I skąd go wzieliście?
- Sam kapitan chciał, żebyśmy dali kapitanowi olej. - rzekł Pintel.
- Do steru, nie do kajuty! - tracił cierpliwość Jack.
- Przepraszam, musiałem się przesłyszeć... - mówił. - Chodź, Ragetti.
I obaj wyszli z kajuty. Chcieli pomóc wstać kapitanowi, ale ten oznajmił:
- Wszystko w porządku, panowie. Trochę mnie boli głowa, ale to od ściany. Drewno jest bardzo, ale to bardzo twarde.
Wszyscy wyszli. Jack usiadł na łóżku, a Liz wciąż tłumiła śmiech.
- Kapitan Jack Sparrow uważa przy najdrobniejszych sytuacjach, a nie uważa nawet na śliskich powierzchniach. - śmiała się. - Tego jeszcze nie było.
- Jest ci do śmiechu, kiedy ukochany cierpi? - pytał złośliwie.
- Jaki ukochany? - udawała, że nie wie o co chodzi.
- Pamiętam dobrze. - mówił. - Kochasz mnie.
- To wcale nie nowość. - wzruszyła ramionami z uśmiechem.
- To wcale nie jest nienowość. - uprzedził. - Jestem jedyny kapitan Jack Sparrow.
- Przecież cię znam. - odparła.
- Jakbyś mnie nie znała, to byś nie kochała. - podniósł palec.

Miejsce w wisiorku, to miejsce w sercu



- A ja nie wiem... - szeptała.
Gibbs przerwał rozmowę. Oczywiście, to jest normalne, choć odrobinę denerwujące.
- Kapitanie, Mroczna Otchłań jest blisko nas. - powiedział.
- Skąd się tu wzięła Otchłań? - głowił się Jack.
- Przypłynęła... - odrzekła, patrząc ironicznie na niego. Spojrzała w otwarte drzwi. - Ojciec mnie szuka.
Otchłąń zrównała burtę z Perłą. Podszedł Cutler i zapytał:
- Możemy porozmawiać?
- Teraz chcesz rozmawiać? - dopytała Lizbeth. - Przecież mi nie ufasz, to jak mnie wysłuchasz?
Jack wszedł przed Liz i rzekł:
- Pozwólcie, że się wtrącę! Tylko jedno pytanie. Jak Otchłań zrównała się z Perłą?
Lizbeth weszła przed Jacka, który podpił rumu.
- Może to wina Twoich załogantów? - zasugerował Cutler.
Kapitan obszedł wzrokiem całą załogę. Zatrzymał się na Pintelu i Ragettim. Tamci poszli sprawdzić przyczynę zwolnienia statku. Cutler spojrzał na Liz.
- Czemu uciekłaś? - spytał. - Zrozumiałbym, gdybyś nie chciała opiekuna.
- Ja chcę opiekuna, ale... Jednego - odrzekła cicho.
- Ale wiesz, że go nie lubię. - powiedział.
- Kto tu kogo nie lubi? - przerwał Jack. - Też nie przepadam za twoją wymową i... Wszystkim. I nie narzekam. I co teraz powiesz?
Cutler spojrzał zimnym spojrzeniem na Jacka, a ten cofnął się.
- Dobrze, zrobimy umowę. - zwrócił się do Lizbeth. - Ja zostawię go jako... Opiekuna. Ty za to wrócisz na Otchłań.
- Będę mogła wchodzić na Perłę? - zapytała dla przekonania.
- Tak... - westchnął. - Ale tylko, kiedy będę musiał cię opuścić.
- Kiedy zechcę. - podniosła ton.
- Zgoda, kiedy zechcesz. - rzekł, widząc ,,cwaniacki" wyraz twarzy Liz. - Wrócisz na Otchłań?
Jack podpił rumu. Lizbeth spoglądała to na Jacka, to na załogę. Weszła na pokład Otchłani. Widziała jego zmieszanie. Był szczęśliwy, że ona jest szczęśliwa, ale było mu smutno, że odchodzi. Nawet na krótki okres czasu można się stęsknić.
- Dzięki za zrozumienie, Jack. - szepnęła.
- Przychodź, kiedy zechcesz, Lizzie. - odparł z uśmiechem.
Otchłań odpłynęła. Perła potrząsnęła pokładem i ruszyła. Przybiegli Pintel i Ragetti.
- I co tam utkwiło? - spytał poważnie.
Załoganci spojrzeli na siebie. Bali się przyznać, że sami niechcący wrzucili tam kamienie.
- Nic/rum. - odrzekli jednocześnie.
- Rum? - spojrzał na Ragettiego ironicznie.
- Rum... Bum! - krzyknął.
Jack rzucił spojrzenie zimne, ale i ironiczne. Zapadła niesamowita - jak na statek - cisza.
- Bum, bo... Było bum. - jąkał się Ragetti. - Tak... Takie... Wielkie. Było.
Wszyscy się rozeszli. Słychać było rozmowy, typu: ,,Idioci", ,,Skąd się tu wzięli". Tymczasem na Otchłani Lizbeth siedziała na prawej burcie, patrząc w morze. Przyszła piratka. Wyglądała na wiek Liz. Miała na sobie beżową sukienkę z poddartym rozcięciem na biodrze, które dostała podczas walki. Nie było rękawów, a na biodrach czarny pasek ze złotą klamrą. Beżowa chusta związywała kruczo-czarne, faliste włosy. Jasno-zielone oczy podkreślały beżowo zaznaczone powieki. Na nogach miała czarne, pirackie buty ze złotymi klamrami przed noskami, przy podeszwie. Miała też 3 złote pierścionki: jeden na lewym palcu wskazującym, drugi na lewym dużym, a trzeci na prawym palcu serdecznym. Jej usta mieniły się różowo-cerwonym kolorem. Oparła się o burtę i zapytała:
- Czyż on nie jest niesamowity?
- Tak... - przytaknęła. - Szkoda się rozstawać, widząc jego spojrzenie.
Zapadła chwila ciszy między nimi.
- Anajulio? - zwróciła się do piratki.
Anajulia (bo tak się nazywała) patrzyła na Lizbeth. Była jej najlepszą przyjaciółką i zawsze jej słuchała. Za każdym razem doczekiwała się wzajemności.
- Skąd znasz Jacka? - zapytała.
- Wiesz... - rzekła. - Kiedyś ocalił mi życie. Byliśmy ze sobą parę miesięcy, ale przestaliśmy się widywać za dniem mojego zaciągnięcia się do załogi Otchłani. Przepraszam, że ci nie mówiłam.
- Nie szkodzi. - westchnęła.
Anajulia usiadła obok niej.
- Będziesz za nim tęsknić? - pytała.
- Już za nim tęsknię... - odparła cicho.
Po jej policzkach poleciały dwie krople łez. Anajulia przytuliła ją (przyjacielsko!) i pocieszała:
- Za 2 tygodnie znów się zobaczycie.
- Wiem, ale... - szeptała. - ... Dla mnie to jak wieczność.
- Lepiej wytrzyj te łzy, bo idzie Twój kapitan. - ostrzegającym głosem rzekła Anajulia.
Lizbeth szybko wytarła łzy. Cutler stanął po drugiej stronie córki.
- Coś się dzieje? - zapytał.
- Nic. - odparły dziewczyny.
- Chodź, Anajulio. - powiedział. - Pomożesz podać jedzenie.
- Dobrze. Zobaczymy się później. - pożegnała Lizbeth.
Została sama. Słońce zachodziło na horyzoncie. Liz otworzyła wisiorek i szeptała:
- Masz w moim sercu miejsce. Cały czas wolne, póki nie przybędziesz.

Trochę o Otchłani, czyli wygłupy dziewczyn


Następnego dnia wyszła z kajuty i przeciągnęła się. Przy sterze spotkała Anajulię.
- Co ty tu robisz? - zapytała zaskoczona.
- N... Nic. - odparła. - A ty?
- Nie, nic. - zaprzeczyła Lizbeth.
Anajulia zamyśliła się. Nagle podskoczyła i złapała Liz za ramiona.
- Wiem, co zrobimy. - powiedziała.
- Zamieniam się w słuch. - odrzekła.
- Czyż nie byłoby fajne zażyć trochę swobody? - zapytała Anajulia.
- To kusząca, aczkolwiek ryzykowna propozycja. - zastanawiała się Lizbeth. - Lecz ojciec zgodził się, bym szalupą płynęła na Perłę, kiedy zechcę. Ale to zależy, gdzie chcesz płynąć...
- Do tawerny na Tortudze. - zaproponwała.
- Niech będzie. - zgodziła się Liz. - Ale po wyjściu z tawerny muszę popłynąć na Perłę. Będziesz zmuszona wrócić na statek ojca sama.
- Jeśli tak unikniesz kary, to dla mnie pomysł jest dobry. - przytaknęła piratka.
Lizbeth podniosła palec na znak ,,ciszy". Podała jej worek i wskazała na szalupę. Obie poszły wyciągnąć szalupę na morze. Gdy usiadły w środku, Anajulia zapytała szeptem:
- Co jest w tym worku?
- Funty szterlingi. - odparła Liz. - Gdzie jak gdzie, ale w tawernie trzeba płacić.
- Ile? - dopytywała Anajulia.
- 500. - otworzyła worek.
- Co? - zdziwiła się. Potem uśmiechnęła się. - To ja chyba nie liczę łupów.
- Najwyraźniej. - rzekła Lizbeth. - Płyńmy.
Płynęły i płynęły, a monotonny obraz ciemnego morza zamienił się w monotonny obraz rozgwieżdzonego morza. W końcu dopłynęły na Tortugę. Lizbeth zacumowała szalupę, mówiąc:
- A więc jesteśmy.
- Ano tak. - zgodziła się z przyjaciółką Anajulia. - Ciekawam, co się dzieje w tawernie.
Do ich uszu dobiegły krzyki i głośnie rozmowy. Piratki spojrzały się na siebie, po czym powiedziały:
- To, co zwykle.
Poszły do tawerny. Otworzyły drzwi i rozejrzały się: Anajulia w lewo, a Liz w prawo. Naokoło były setki piratów bijących się dla zabawy. Liz stanęła i obserwowała całą sytuację. Anajulia słynęła z uwielbienia do bójek, więc przyłączyła się, biorąc swoją szablę. Lizbeth oparła się prawym ramieniem o futrynę. Nagle usłyszała za sobą dziwnie znajomy głos, który pytał:
- Może usiądziesz w środku tawerny?
- Ja nie... - zaczęła Liz, ale nie dokończyła, gdyż przed nią ukazał się Jack.
Uśmiechnęła się i odparła:
- Oczywiście.
Za Jackiem byli też: Pintel, Ragetti, Marty, Gibbs, Cotton i jego papuga oraz Tia Dalma. Usiedli przy stole, a reszta załogi dołączyła do bójki. Lizbeth zapytała:
- Skąd się tu wzięliście?
- To tylko kwestia widoku na morze, skarbie. - odrzekł Jack. - Wiedziałem, że ta szalupa musi być z łajby Cutlera. Potem wystarczyło odgadnąć, kto jest w tej łódce i popłynąc za nim. Sądząc po Tobie wiedziałem, że Cutler pozwoli ci o tej porze wypłynąć do mnie. Choć nie wiem, czy to samo tyczy się tawerny.
Tia Dalma poszła zamówić piwo (rum przecież mają na Perle). Do stolika podeszła Anajulia. Jack przestraszył się z lekka, wstał i wyjaśniał:
- Przecież się już rozstaliśmy. Tylko mnie nie bij, bo i tak mam za sobą bardzo dużo celnych uderzeń.
Anajulia roześmiała się, mówiąc:
- Ależ to nie o to mi chodzi. Chciałam tylko wiedzieć, czy zabierzesz ze sobą Lizbeth.
Jack był zaskoczony. Jakim cudem wszystkie jego byłe dziewczyny się spotykają? Pomyślał, że to może być złe fatum. Gdyby nie te znajomości, dostałby o 50% mniej policzków niż teraz.
- To... - wahał się. - Wy się znacie?
- To moja przyjaciółka z pokładu. - odparła Liz. - Czy to źle?
- Nie, to wspaniale. - rzekł zdziwiony. - Mam nadzieję, że tylko wy dwie jesteście dziewczynami na Otchłani?
- Szczerze mówiąc nie. - powiedziała. - Są jeszcze dwie.
- Oby to nie były Elizabeth i Giselle... - modlił się Jack.
- Jakbyś zgadł. - zaskoczyła się Liz.
- Może pójdziesz z nami na Perłę, Lizzie? - zapytał. - Słońce wschodzi.
- Dobrze, więc... - zgodziła się dziewczyna. - Do zobaczenia, Anajulio.
- Do zobaczenia, Liz. - odrzekła Anajulia.
Weszli na statek. Lizbeth była zachwycona widokiem Perły. Chodziła tu i ówdzie, przypominając sobie stare czasy. Piękna była myśl, że piratka stworzyła tu historię. Podeszła do steru. Widziała, jak załoga krząta się wokół masztów i innych rzeczy. Dla niej każdy dzień na Perle był czymś niezapomnianym. Czymś, o czym będzie opowiadać swoim dzieciom i wnukom (jeśli dożyje narodzin wnuków). Było jej szkoda, że kiedyś odejdzie i już nigdy nie wróci. Pomyślała, że nie warto popadać ze skrajności w skrajność. Że powinna spędzić trochę czasu z ojcem, póki jeszcze go ma. Podeszła do burty i szepnęła:
- Przepraszam, ale musiałam.
Oderwała wisiorek i rzuciła na pokład. Poczekała, aż podpłynie szalupa. Gdy Anajulia powiedziała:
- Skacz do szalupy.
Lizbeth wyskoczyła z pokładu. Tymczasem dzień płynął niesamowicie szybko. Kiedy dopłynęły do statku, było już popołudnie. Słońce powoli przybierało pomarańczowy kolor i schodziło. Dziewczyny weszły na pokład, a załoga podniosła szalupę. Podszedł Cutler.
- Gdzie byłyście? - spytał.
- Ja byłam u Jacka, a Anajulia pomagała mi wiosłować. - odparła bez przekonania Liz.
- Czy to prawda? - zapytał Anajulii.
- T... Tak. - wydusiła z siebie Anajulia.
Wszyscy się rozeszli. Nadszedł wieczór. Słońce znikało za horyzontem. Lizbeth była tak senna, że nie wiedziała, kiedy zasnęła. Dla niej ten dzień był niezapomniany i miała nadzieję, że następny dzień będzie równie niezapomniany.

Powrót



Gdy tylko wzeszło słońce, morska bryza wiała spokojnie, uderzając malutkimi kropelkami na twarz Lizbeth. Otchłań była tylko kilka metrów od wyspy Isla de Pelegostos. Nie wiadomo, czemu piraci tam przebywają w nudne dni. Ale wiadomo było, że ta wyspa skażona tylko obecnością piratów była piękna i można było podziwiać widoki wysokich drzew oraz przepięknych ruin (nie wiadomo, kto w nich mieszkał). Lizbeth obudziła się przy burcie. Domyślała się, że nie zdążyła dojść do kajuty. Przyszedł Cutler i zapytał zdziwiony:
- Spałaś na pokładzie?
- Tak. - odparła Liz.
- I nie zmarzłaś? - dopytywał.
- Może trochę... - podpiła rum z butelki ojca.
Otchłań dobiła do brzegu. Lizbeth od razu rozpoznała Jacka leżącego na piasku.
- Byłabym wdzięczna, gdybyś nie szedł za mna. - powiedziała cicho.
- To Twoja sprawa. - odrzekł Cutler. - Ale pamiętaj! Ufam ci.
Liz uśmiechnęła się tylko i zjechała po linie. Podkradła się cicho do Jacka. Tymczasem on usiadł, żeby widzieć, czy Otchłań płynie (biedak nie ma pojęcia, co go czeka). Nagle zobaczył przed sobą Lizbeth. Tak się przestraszył, że krzyknął:
- A! Lizzie! Co ty tu robisz?
Liz usiadła równolegle, głową do niego.
- Przypłynęłam, by cię zobaczyć. - odparła. - Dlaczego?
- Nie, nic. - rzekł.
Lizbeth uśmiechnęła się i zapytała:
- I jak tam było beze mnie?
Jack podpił rumu.
- Bywało lepiej. - odpowiedział. - Popłynąłem na Tortugę, potem znów tu. A jak było u ciebie?
- Płynęliśmy tu i tam. - odrzekła.
- Więc się nie nudziłaś? - zasugerował Jack.
- Jasne, że się nudziłam. - odparła Lizbeth. - Czekałam, żeby wreszcie się z tobą zobaczyć.
- Tak... - westchnął kapitan. - Ja też.
Siedzieli na plaży aż do zmierzchu. Gdy słońce zachodziło, Jack pokazał Lizbeth miejsce, które odwiedzili ostanim razem. Doszli do znajomej skały. Liz rozpromieniała twarz, gdy to ujrzała. Podeszła do Jacka i tonem wruszonym i lekko ochrypłym zapytała:
- Pamiętasz?
- Jakże mam nie pamiętać? - zdziwił się Jack. - Cały czas chodzi mi po głowie tamten dzień.
Usiedli na skraju skały i patrzyli, jak zachodzi słońce i zielonym rozbłyskiem strzela w niebo. Każdy dzień, godzina, minuta i sekunda zbliżała do siebie dwoje piratów. Dziewczynę usypiał piękny rozbłysk i w końcu zasnęła. Jack położył się koło niej i również zasnął.
Następnego dnia Jack obudził się pierwszy. Podpił rumu i poczekał, aż obudziła się Lizbeth. Gdy wyszli na plażę, strach było wtedy widzieć tracącego cierpliwość Cutlera.
- Poczekaj tu, ja powiem coś ojcu. - rzekła.
Pobiegła i zaczęła rozmawiać. Słychać było to głośniejsze, to cichsze tony, a po 15 minutach Lizbeth wróciła, mówiąc:
- Mogę być na Perle przez ten tydzień.
- To gdzie płyniemy? - zapytał z uśmiechem godnym tylko Kapitana Jacka Sparrowa.
- Do horyzontu. - odparła z odwzajemnionym uśmiechem.
Weszli na pokład (w całości towarzyszył im Davy, który tylko chodził i merdał ogonem) i Jack ustalił kurs ,,przed siebie". Perła płynęła, jak płynęła. Lizbeth chodziła dookoła na pokładzie, dotykając różnych rzeczy na statku: masztu, burty, steru itp. Co było najdziwniejsze? Kochała Perłę bardziej niż Otchłań. Uwielbiała posąg kobiety (a raczej anioła) trzymającej Perłę, który ozdabia dziób.
- Jak to się dzieje, że wchodząc na Perłę chciałabym zostać na niej już na zawsze? - pytała Jacka.
- Perła cię przyciąga, kotku? - zapytał z uśmiechem. - Sądzę więc, że gdybyś została na Perle już na zawsze, nie żałowałabyś.
- Chciałabym... - szepnęła mu do ucha.
Podeszła do dzioba na statku i po cichu śpiewała. Za każdym ,,Dalej, kamraci..." ton był coraz wyższy. Potem nagle obniżyła i przestała śpiewać. Melodyjny głos zerwał się, jak zamykana pozytywka. Poszła wolnym krokiem do kajuty kapitańskiej (Jack nie żałował jej gościnności). Kapitan obserwował jej poczynania. Oglądała ją, jak się zmieniała (choć nie zmieniła się wcale) i przypominała stare czasy, w których jeszcze nie znała go zbyt dobrze. Poszła do steru, przy którym stał Jack. Zobaczyła, że trzyma coś w ręce. Podał jej wisiorek, który znalazł przy burcie.
- Znalazłeś go. - rzekła.
- Byłbym złym człowiekiem, gdybym ci go nie oddał. - odparł.
I stali tak, patrząc na wodę zmarszczoną falami, wręcz ociekającą błękitnym rozświetleniem.

Siostra bliźniaczka



Perła popłynęła na Tortugę. Lizbeth i Jack zjechali po linie, po czym weszli do tawerny w iście piracki sposób - z hukiem. Razem z załogą usiedli przy stole, a do niego podeszła kelnerka. Była łudząco podobna do Liz, z jednym jednak szczegółem - Lizbeth miała nad wargą pieprzyk z prawej strony, ona zaś nie miała wcale. Jack ledwo zleciał z siedzenia.
- Wiesz, Lizzie. - westchnął. - Gdybym pił mniej rumu, widziałbym podwójnie, ale ja nigdy nie zmieniam ilości spożywanego alkoholu.
Lizbeth spojrzała na Jacka ironicznie, po czym wstała i uściskała piratkę z okrzykiem:
- Scarlett! Jakże ja cię długo nie widziałam!
Jack kompletnie się pogubił. Jednak zleciał z siedzenia, a Lizbeth chętna do pomocy przyjacielowi podniosła jego głowę, usiłując posadzić pirata na miejscu.
- Nic ci nie jest? - zapytała zatroskana.
- Chyba nadal coś mi jest, skoro widzę Ciebie podwójnie. - odparł, łapiąc się za głowę.
Lizbeth popatrzyła pytająco na Scarlett, a ta wzruszyła ramionami.
- Nie, Jack. - poprawiała go. - To jest moja siostra bliźniaczka, Scarlett. Zostałyśmy rozdzielone, gdy tylko ciotka powiedziała ,,przynajmniej Scarlett musi nauczyć się być dobrą kobietą". Nie wiem, CZEMU TU JEST.
Popatrzyła wzrokiem pytającym i dziwnie przenikającym piwne oczy Scarlett.
- Uciekłam. - wyjaśniła. - Byłam za młoda, żeby zapamiętać was tylko z opowiadań. Poza tym chciałam poznać naszą piracką stronę.
- Normalnej chyba nie było. - skomentował Jack.
- Może się dosiądziesz? - zaproponowała Liz.
- Bardzo chętnie. - przytaknęła Scarlett. - Tylko przyniosę rum.
Po chwili przyszła z kuflami rumu na metalowej tacy. Każdemu przysługiwał jeden. Usiadła obok Lizbeth.
- Jak ci się podoba pirackie życie? - pytała zaciekawiona historią siostry.
- Nie wiem, jestem piratką dopiero jeden dzień... - zastanawiała się. - Ale zaczyna mi się podobać.
Jack obserwował rozmawiające ze sobą siostry. Szeptem zwrócił się do Tia Dalmy:
- Obok mnie siedzi Lizbeth czy Scarlett?
- Podpowiem. - mówiła Tia. - Lizbeth ma pieprzyk, a Scarlett - nie. To jest różnica. Więc obok ciebie siedzi Lizbeth.
Jack wydawał się pogubiony. Wziął busolę, by sprawdzić, czego najbardziej pragnie tym razem. Igła znów wskazywała Lizbeth. Jack energicznie potrząsnął busolę, ale i tak nie zmieniła kierunku. W końcu wstał zmieszany z miejsca.
- Tylko nie mów, że Scarlett będzie z nami na Perle. - powiedział.
Przeczuwał, że coś takiego rzeczywiście mogło się wydarzyć. Sądząc po uległości kapitana na błagające miny dziewcząt, musiał tak zareagować. Ponownie usiadł. Lizbeth wstała, wzięła rękę Jacka i pociągnęła w stronę wyjścia.
- Czeka mnie trudna rozmowa? - zapytał.
- Tak. - odparła Liz.
Wyszli z tawerny. Lizbeth objęła go za szyję i mówiła:
- Słuchaj, Jack. To moja siostra i obiecałam ją odprowadzić do taty. A tata jest na Isla de Pelegostos. Więc pomóż mi i pozwól popłynąc jej z nami na wyspę.
Jack kłopotliwie myślał, co robić. Wreszcie uległ.
- Zgoda, ale tylko jeden rejs. - rzekł.
Lizbeth ucieszona pocałowała Jacka i pobiegła, wołając:
- Dziękuję, Jack. Kochany jesteś.
Wbiegła z hukiem do tawerny i krzyknęła:
- Płyniesz z nami!
Scarlett była tak ucieszona, że zaczęła ściskać siostrę i wołać:
- Ah, dziękuję Wam.
I razem z załogą dołączyły do Jacka.

Pięć razy pech na pokładzie... A może szczęście?



Gdy dopłynęli do Otchłani, Jack stanął jak wryty, widząc jeszcze trzy dziewczyny: czarnowłosą Anajulię i dwie dziewczyny. Pierwsza miała blond loki i niebieskie oczy, ubrana w czarno-czerwony gorset z rękawkami do łokcia i ,,rozciągnięciem", tego samego koloru suknię, czarne, pirackie buty z nawiniętą cholewką i chustkę koloru czarnego. Jej usta mieniły się czerwonym połyskiem. Druga miała rude włosy i brązowe oczy. Ubrana w brązowe, pirackie buty z nawiniętą, beżową cholewką i beżowe spodnie (rzecz jasna jaśniejsze od butów). Miała też na sobie białą bluzkę, podobną do bluzki Elizabeth i beżową kamizelkę. Na biodrach ciemno-brązowy pas, do którego przypięta była szabla.
- Pozwól, że ci przedstawię moje dwie przyjaciółki, których zapewne nie znasz... - mówiła. - Blondynka nazywa się Giselle, a ta ruda piratka, to Elizabeth.
- Miło mi panie poznać... - rzekł Jack.
- Jack? - pytała Giselle. - Jack Sparrow?
- W rzeczy samej, złotko. - przytaknął kapitan.
Giselle podeszła do Jacka i zwróciła się do Lizbeth:
- Lizzie, wydaje mi się, że masz kolejną znajomą, która była z Jackiem.
Przyszedł Cutler.
- Co to za... ? - zaczął, ale nie dokończył, widząc Scarlett. - Scarlett?
- Witaj, tato. - powiedziała wzruszona i rzuciła się ojcu na szyję. - Jak ja Cię długo nie widziałam.
- Ja Ciebie też. - odrzekł Cutler.
Jack obserwował całą sytuację i w końcu wyksztusił:
- Możemy już płynąć?
- Tato, ja muszę płynąć z Jackiem. - mówiła Liz.
- Czemuż to nie chcesz być z siostrą? - zapytał.
- Chcę, ale przez en tydzień miałam być u Jacka. - odparła. - Więc może Scarlett zabierze się z nami?
- Co? - zdziwił się Cutler.
- Co? - powtórzył Jack.
Wziął rękę Liz i rzekł cicho:
- Miał być jeden rejs.
- Zgódź się, proszę. - namawiała go. - To jedyna okazja, bym przez ten tydzień była i z Toba, i ze Scarlett.
Jack odwrócił zastanawiająco głowę.
- Proszę. - uśmiechała się Lizbeth.
- No... - wahał się Jack. - Dobrze.
- Dziękuję Ci, Jack! - krzyknęła, całując go raz po razie.
Kiedy ujrzała Cutlera, który patrzył na nich ostrym wzrokiem, uspokoiła się.
- Postaram Ci to wynagrodzić. - szepnęła.
Gdy byli na Perle, Scarlett rozpakowywała z wielkiej walizki swoje rzeczy do szafek w jednej z kajut.
- To wszystko Twoje? - zapytała Liz.
- Tak. - odparła Scarlett. - Zabrałam je ze sobą.
- Ale wiesz, że jeśli się tu rozpakujesz, zostaniesz na Perle? - pytała poważnie.
- Chciałabym tu zostać. - zapewniała siostra. - A Ty nie?
- Jasne, że tak. - odparła Lizbeth. - Ale ojciec mi nie ufa.
- Nie powiesz mu wreszcie, że jesteś dorosła? - spytała Scarlett.
- Nie chcę stracić ojca. - szepnęła Liz.
Przed oczami pojawiła jej się wizja z przeszłości.
- Wszystko będzie dobrze. - szeptała. - Wystarczy spojrzeć na horyzont...
I z opuszczoną głową wyszła z kajuty. Usiadła na burcie i patrzyła na horyzont. Po policzkach ciekły łzy, które ocierała delikatnie i każdą łzę kojarzyła z utratą matki. Mimo, że była pogodna na co dzień, w sercu chowała wielką urazę. Otworzyła wisiorek i patrzyła na kawałek kartki zapisanej piórem w atramencie. Był tam napis:
,, Mam nadzieję, że trzymasz się mocno. Wiedz, że zawsze byłam, jestem i będę z Tobą. Kocham cię, mała.". Jack zauważył, że Lizbeth zaczęła po cichu płakać. Podszedł do niej i przytulił ją. Dziewczyna wypłakała się na nim i podała mu list od mamy. Jack przeczytał go i powiedział:
- Będzie dobrze. Tylko w to uwierz.

Cutler pirackim dowódcą



Perła płynęła w swoja stronę, a kapitan stał przy sterze i patrzył na horyzont. Przypomniał sobie, że Lizbeth śpi w kajucie i zszedł po schodkach. Między schodkami znajdowały się drzwi do kajuty kapitańskiej. Otworzył je lekko i widział, że dziewczyna wciąż śpi. Postanowił zrobić jej niespodziankę i pomóc jej dobrze przywitać dzień po łzawym wieczorze. Na jej policzek opadały (każdemu już znane) brunatne loki. Jack usiadł i odgarnął je delikatnie. Potem wstał i cicho wyszedł, zamykając za sobą drzwi. Skierował się ku kajucie Scarlett. Zastał ją przeglądającą rzeczy w szafce.
- Chcesz zostać w załodze? - zapytał.
Scarlett zaskoczyła się (dosłownie), gdy zobaczyła Jacka.
- Jeśli mi pozwolisz. - odparła. - Będę razem z Lizbeth.
- Sęk w tym... - mówił Jack. - ... Że nie wiem, czy zostanie tutaj.
I skinął głową, po czym wyszedł. Ujrzał Lizbeth, stojącą w drzwiach kajuty. Przyglądała się czemuś. Jack podszedł do niej i zapytał:
- I jak ci się spało?
- Dobrze. - odrzekła Liz. - Dziękuję, że mogę tu być.
- NIe masz za co, ale... - mówił. - ... Na co się patrzysz?
- Otchłań gdzieś płynie. - wskazała przed siebie Lizbeth. - Zapewne tata ma coś do załatwienia. Muszę wiedzieć, co. Popłyniemy tam?
- Jeśli tego tak bardzo chcesz. - westchnął Jack. - Płyniemy za Otchłanią.
- Tak jest, kapitanie! - krzyknął Gibbs.
- Nie musisz krzyczeć. - rzekł kapitan. - stoję obok Ciebie.
- Przepraszam, kapitanie. - odpowiedział Gibbs i poszedł.
Tak, więc Perła płynęła za Otchłanią. Powoli dopływali do Wyspy Rozbitków. Lizbeth patrzyła, jak Otchłań dobija do brzegu.
- Gdzie ty się szlajach, do cholery? - pytała szeptem.
Perła dobiła z drugiej strony tak, żeby jej nie było widać. Lizbeth i Jack zjechali po linie i poszli za Cutlerem. Doszli do fortecy i do sali, w której król piratów, Elizabeth Swann czekała na niego z kapitanem Teague'em i Kodeksem Piratów. Na fotelach siedzieli inni piraccy władcy. Jack zatrzymał się raptownie, jak zobaczył znajome twarze. Na darmo. Kapitan Teague rzekł:
- Widzę, że przyprowadziłeś... Znajomych.
- Ja nikogo... - mówił Cutler.
Odwrócił się i ujrzał Lizbeth i Jacka stojących za nim.
- ... Nie pr


Ostatnio zmieniony przez Karottka dnia Wto 9:59, 11 Mar 2008, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Karottka
Zejman


Dołączył: 30 Gru 2007
Posty: 1239
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 1/3
Skąd: Lublin
Płeć: piratka

PostWysłany: Śro 21:45, 12 Mar 2008
PRZENIESIONY
Pią 22:56, 03 Cze 2011 Temat postu:

No to ja chyba dam tu pierwszy rozdzial poprawionej ksiazki. Co mi szkodzi? Wink Przynajmniej jest kto oceniać xD

Stary przyjaciel


Tortuga, tawerna. Jack siedział z nogami na stoliku i popijając rum ze swojej buteleczki, patrzył na busolę. Wszędzie było słychać krzyki, rozmowy, a także szable obijające się o siebie podczas - typowych tutaj - bijatyk. Załoga równierz brała udział w tych ,,zabawach".
Nagle drzwi otworzyły się z hukiem. Jak szaleni, wbiegli piraci. Wszedł kapitan. Smukły (bo grubych raczej nie było) mężczyzna, wysoki, łudząco podobny do Barbossy. Za nim weszła dziewczyna. Obdarowana dość zwykłą urodą.
Ubrana w czarne buty na niskim obcasie z nawiniętą, szarą cholewką, ciemne spodnie, czerwony pasek na biodrach, białą bluzkę z dużym dekoltem i kołnierzem. Rękawy kończyły się na łokciu, skąd zaczyna się ,,rozciągnięcie" na jakieś 15cm. Złote pierścionki na lewym kciuku i dużym oraz prawym wskazującym i serdecznym. Kolczyki duże, złote (biżuteria oczywiście skradziona). Na głowie fioletowo-biała chustka, ciemno-brązowe loki i powieki lekko zaznaczone czarnym ,,cieniem". Kapelusz nieco ciemniejszy od włosów. Gdy podeszli bliżej do stołu, Jack zauważył duże, piwne oczy o długich rzęsach. Panienki nie rozpoznał, ale od razu zauważył starego przyjaciela - Cutlera Crane'a. Był nieco zmieszany, a długo nie widział kobiety. Choć mogło się wydawać, że był przestraszony, wstał tak szybko, że krzesło spadło.
- Cutler, jakże miło cię widzieć. - powiedział lekko zdziwionym głosem.
- Witaj, Jack. - odparł Cutler spokojnym tonem.
Nieznajoma przyglądała się ze spojrzeniem, które nie wyglądało na złe czy dominujące. Rysy twarzy wyglądały bardzo podobnie do rysów Cutlera. Jack lekko pzestraszony wskazał na nią i wyjąkał zmieszany całą sytuacją:
- To... To znaczy... Kto to jest?
Dziewczyna wyglądała na rozbawioną zachowaniem Jacka. Nim Cutler odpowiedział, ona szepnęła:
- On jest zabawny...
- Coś o mnie? - zapytał stanowczym głosem. Raczej nie lubił, gdy ktoś się z niego śmieje. Cutler zastanowił się szybko i odpowiedział głosem bez przekonania:
- Nie... Do rzeczy. Jack, to jest moja córka, Lizbeth. Płynę na wyspę ludożerców, by tam odnaleźć skarb. - tu zaczął stanowczym głosem. - Nie chcę, by coś jej się stało, dlatego ufając TOBIE, przekazuję ją pod opiekę TOBIE. Włos ma jej z głowy nie spaść, bo TOBIE spadnie cała głowa. Jasne?
Jack podpił z flaszki i lekko się uśmiechnął, mówiąc:
- Dosyć brutalne słowa w ustach przyjaciela, a słowo TOBIE zaznaczone i powtórzone trzy razy. Czyżby pewność, że stary Jack przestanie być piratem na jakiś czas?
Lizbeth - jak nazywała się córka Cutlera - weszła między kapitanów. Odwróciła się do ojca.
- Pozwólcie, że się wtrącę. Tato, sugerujesz, że ja sobie nie dam rady? - zapytała z lekkim obużeniem.
Jej wzrok był wtedy śmiały i nie do złamania. Wbrew pozorom, Cutler trochę się przestraszył jako, że zobaczył to u swojej łagodnej i wiecznie pogodnej córki pierwszy raz. Jednak utrzymał nerwy na wodzy.
- Cóż, córciu. Co jak co, ale czasami sama ze sobą możesz umrzeć... - odparł.
Reakcją był śmiech obydwu piratów. Lizbeth była tak wściekła, że gdyby miała szablę, wyciągnęłaby ją i nie zwracając uwagi na pokrewieństwo, groziłaby mu. Jednak szabli nie miała, więc musiała jakoś inaczej zadziałać.
- Tato, proszę. Tylko nie córciu! - burknęła ze ściśniętymi zebami. Wyglądało to, jak rozterki nastolatek w dzisiejszych czasach, ale jak tu oderwać się od takich słów, skoro jest się ojcem dumnym z takiej córki?
Śmiech urwał się. Wychodząc z tawerny na fort i odprowadzając Cutlera, ten rzekł:
- Mniejsza. Pamiętaj, nie zrób kłopotu kapitanowi.
Po czym pospiesznie opuścił Jacka i Lizbeth, a w oddali słychać było krzyki ,,kurs na wyspę ludożerców". Liz głowiła się, jak ojciec mógł jej zrobić coś takiego i dać jej opiekuna? Jednak nie chciała sprawić ojcu zawodu i postanowiła sobie w duchu, że wytrzyma parę dni z opiekunem. Stanęła na przeciw Jacka, który wpatrywał się w nią z uwagą. Tymczasem słońce zachodziło sobie w ciszy. Cały czas stali na przeciw siebie i patrzyli to tu, to tam. Minęła chwila ciszy i Lizbeth nie wytrzymała.
- To... Gdzie jest twój statek? - oglądnęła się w boki.
Jack ukazał uśmiech na twarzy. Usta lekko się podniosły, pokazując kawałki złotych zębów.
- Nie widzisz? Za tobą. - odrzekł.
Biedna, stała jak wryta, gdy się odwróciła. Ujrzała Perłę w pomarańczowym świetle zachodzącego słońca. Wyglądała pięknie i dumnie podczas, gdy ten nastrój psuły rozmowy, krzyki i strzały butelek po rumie. Wydawała się tym wszystkim (poza załogą) zachwycona.
- Do cholery! - krzyknęła. - Gdzie ci się udało zdobyć taki statek?
Odwróciła się do niego. Jack nie zmieniał wyrazu twarzy, mówiąc pewnym siebie tonem głosu:
- Kochanie, czyżbyś nie znała kapitana Jacka Sparrowa, który przez wszystkie morza pływa na najsłynniejszej, najszybszej Czarnej Perle?
Lizbeth spojrzała na niego od dołu do góry i mocno się zdziwiła. Nie chciała doprowadzić do kompromitacji, bo któżby nie znał tego legendranego pirata? Ale nie mogła się oprzeć pokusie, żeby zapytać:
- Ty jesteś Jack Sparrow?
Kapitan lekko się obużył. Ale zrozumiał, że jego podopieczna jest ,,młoda" (Very Happy) i powinien ją zapytać, jak wyobraża sobie ,,prawdziwego" Jacka? Rzekł więc:
- Jest tylko jeden Jack Sparrow i to nie jest bynajmniej bylejaki pirat...
Lizbeth z ironicznym uśmiechem przytaknęła:
- No tak.
Jack zmieszał zdziwienie z obużeniem. Podszedł i pytał:
- Nie przypominam w 100% Jacka Sparrowa, tj. siebie?
Dziewczyna zmieszała się. Jakże krótkie wypowiedzi sprytnego kapitana wydawały się długie i zawiłe dla nieszczęsnej Liz.
- Nie, znaczy tak. - wahała się. - Myślałam tylko, że jesteś... Młodszy... Przy...
Tutaj Jack przerwał jej, podnosząc butelkę rumu. Podpił łyk i podszedł bliżej. Powiedział, będąc już blisko niej:
- Wszystko jasne, pojąłem. - odszedł o 3 kroki. - Może parę lat mi ubyło, ale nadal słyszę od miejscowych panienek, że jestem przystojny jak zawsze.
Lizbeth ukrywała śmiech. Jednak szybko go opanowała, bo nie należy śmiać się z kapitana, który zawsze może oddać ją na pastwę innych.
- Wiesz, być może to zakochane w tobie byłe kobiety, od których tak po prostu odszedłeś dla Perły, hę? - zasugerowała.
- Czyżbyś wątpiła w urok osobisty piratów? - podszedł krok bliżej.
Wolnymi krokami podchodził do Lizbeth, próbował ją przynajmniej dotknąć, ale ona cofała się za każdym razem.
- Nie godzi, by zaufany przyjaciel dotykał córkę jego przyjaciela... - wyszeptała.
Wystarczył jeden krok i dziewczyna wpadłaby do wody. Jack pomyślał, że to dobra okazja, by poczuć ciepły dotyk Liz. Nie zważając na jej słowa, złapał jej ręce i przyciągnął do siebie. Lizbeth przestraszona spojrzała na wodę, potem na Jacka. Włosy leżały na ramionach, rozmierzwione i ,,przyczepione" do policzków. Dopiero teraz Jack zauważył u niej cechę charakterystyczną, która na początku wydawała mu się strupkiem - pieprzyk na prawej górnej wardze. Zrędtwiała z przerażenia wyjąkała:
- Ty... Ty mnie uratowałeś. - Jack wydawał jej się młodszy i przystojniejszy, niż dotychczas. Chciała dotknąć jego twarz ręką, lecz ją sztywno opuściła. - Gdyby nie ty, utonęłabym.
Jack zdziwił się, słysząc ,,Gdyby nie ty, utonęłabym".
- Wiesz, jestem... Co? - zdziwił się.
- Może to się wydawać dziwne, ale nie umiem pływać. - odpowiedziała.
Na jej twarzy ukazał się ironiczny usmiech, po czym poszła na pokład Perły.

Jak coś, to piszcie Very Happy.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:
Napisz nowy tematOdpowiedz do tematu Forum CZARNA PERŁA Strona Główna -> Film / Twórczość Załogi Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Idź do strony Poprzedni  1, 2
Strona 2 z 2


Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB Š 2001, 2005 phpBB Group
Theme bLock created by JR9 for stylerbb.net
Regulamin